25/04/2026
Nikt nam nie mówił, że będzie łatwo.
Dobrze wiedzieliśmy.
Dzisiaj jest Światowy Dzień Lekarzy Weterynarii.
Nie będę udawać, że to dla mnie zwykły dzień. Po prawie dwudziestu pięciu latach w tym zawodzie wiem, że takie dni jak ten są potrzebne. Nie po to, żeby świętować. Ale po to, żeby mówić prawdę.
I chcę wam znowu powiedzieć prawdę. Bez filtra.
Nie tę wygładzoną, którą czasem serwujemy w poczekalni czy gabinecie. Nie tę spokojną, którą zakładamy razem z fartuchem, kiedy wchodzicie do gabinetu z drżącymi rękami i przerażeniem w oczach. Chcę wam powiedzieć o tym, co zostaje w nas lekarzach, kiedy wy wychodzicie. O tym, co nosimy w sobie przez lata, zwykle w milczeniu, bo tak nas niestety nauczono. Bo tak wypada. Bo przecież, jak czasem od Was słyszymy, “sami to wybraliśmy”.
Wybraliśmy. To prawda. I gdybyśmy mieli wybierać jeszcze raz, wybralibyśmy tak samo.
Ale to nie znaczy, że jest łatwo.
I to właśnie chcę wam dziś powiedzieć. Nie żebyście nam współczuli, ale żebyście nas zobaczyli. Naprawdę zobaczyli. Bo między obrazkiem z e spotu reklamowego karmy dla zwierząt a tym, czym naprawdę jest ten zawód, jest przepaść, którą rzadko kto próbuje zmierzyć.
Zacznę od początku, bo większość ludzi nie wie, skąd przychodzimy.
Sześć lat studiów. Nie sześć lat zwykłego słuchania wykładów i zaliczania egzaminów. Sześć lat wchodzenia w głąb czegoś, co jest jednocześnie nauką i powołaniem. Anatomia, fizjologia, farmakologia, chirurgia, choroby wewnętrzne, mikrobiologia, parazytologia to wierzchołek góry lodowej. I to nie dla jednego gatunku. Dla psów, kotów, koni, bydła, świń, ptaków, ryb, gadów, egzotyki a nawet owadów! Każdy z nich to osobna medycyna. Osobna biologia. Osobna wrażliwość na leki, osobne dawki, osobne ryzyko. W kończąc studia jesteśmy internistami, chirurgami, anestezjologami, onkologami, kardiologami i cała medycyna w jednym. Bez możliwości powiedzenia na starcie: „to nie moja działka, proszę do koleżanki".
A studia to dopiero fundament. Bo ten zawód wymaga, żebyś uczył się całe życie. Nowe badania, nowe protokoły, nowe techniki operacyjne, nowe leki. Kursy w weekendy, konferencje on line po nocach, artykuły naukowe czytane między wizytami. Nie dlatego, że ktoś nas zmusza. Dlatego, że nie wyobrażamy sobie, żeby nie być dla was jak najlepszymi. Żeby wasze zwierzę dostało wszystko, co możliwe w dzisiejszej medycynie
To jest ta część, której nie widać. Ta, która dzieje się zanim jeszcze przekroczycie próg gabinetu. I która nie kończy się, gdy z niego wyjdziecie. Bo lekarz weterynarii nie jest dobry dlatego, że skończył studia. Jest dobry dlatego, że nigdy nie przestał się uczyć.
Ale jest też ta część, której nie chcemy pokazywać. Choć może właśnie powinniśmy.
Weterynaria to zawód, w którym codziennie, bez wyjątku, ścierają się ze sobą dwa światy, które nie powinny się stykać: medycyna i ekonomia. Idealizm, z którym przychodziliśmy na studia, i rzeczywistość, która czeka za drzwiami gabinetu. Wielu z nas pracuje ponad siły, bo nie potrafi powiedzieć „nie”, gdy ktoś potrzebuje pomocy. Bo telefon w środku nocy nie oznacza dla nas pomyłki. Oznacza, że ktoś, gdzieś, desperacko nas potrzebuje. I że tylko my możemy pomóc. Chcemy leczyć. Umiemy leczyć. Ale leczenie kosztuje. I nie ma dnia, żebym nie patrzył w oczy komuś, kto kocha swoje zwierzę ponad wszystko, a jednocześnie nie może pozwolić sobie na to, co mogłoby je uratować. To jest ból, którego nie da się opisać. Ból, który zostaje w nas długo po tym, jak pacjent opuści klinikę. I który zbiera się w nas przez lata, warstwa po warstwie, aż staje się częścią nas samych.
A potem jest eutanazja. Słowo, które po dwudziestu pięciu latach wciąż więźnie mi w gardle. Decyzja, którą podejmujemy razem z wami, a jej ciężar nosimy w sobie tak samo jak wy. Wciskamy tłok strzykawki, trzymamy was za rękę, mówimy, że to był właściwy moment, że nie cierpiał. A potem wychodzimy, zamykamy za sobą drzwi i bierzemy głęboki oddech. I wchodzimy do kolejnego gabinetu. Bo tam czeka następny pacjent. Następna historia. Następna rodzina, która potrzebuje, żebyśmy byli silni i nieomylni dla ich zwierzaka.
Nikt nas nie uczy, jak to robić. Jak przechodzić w ciągu kilku chwil od żałoby do radości, od śmierci do życia. Jak nie brać tego do domu. Jak nie analizować w nieskończoność każdej decyzji, kiedy leżysz w ciemności i nie możesz zasnąć. Jak wyjaśnić rodzinie, że znowu nie będziesz na kolacji, bo na stole leży pacjent, który nie może poczekać. Jak wrócić do normalnego życia po dniu, w którym straciłeś pacjenta, którego leczyłeś przez pięć lat i którego znałeś lepiej niż niejednego swojego znajomego.
Uczymy się tego sami. W gabinecie, po godzinach, w ciszy. Czasem zbyt późno.
Statystyki są bezlitosne. Lekarze weterynarii mają jeden z najwyższych wskaźników samobójstw wśród wszystkich zawodów medycznych. Wypalenie zawodowe, depresja, chroniczny stres – to nie są abstrakcyjne pojęcia z podręcznika. To są nasi koledzy i koleżanki. Ci, którzy pewnego dnia po prostu nie wrócili do gabinetu. Ci, którzy odeszli z zawodu, bo nie mieli już z czego czerpać. I ci, których straciliśmy w sposób, o którym nie chcemy mówić głośno, ale musimy.
Musimy, bo milczenie nic nie zmienia.
Musimy, bo za każdym razem, gdy ktokolwiek pisze w internecie „zdziercy” albo „zależy im tylko na kasie”, gdzieś po drugiej stronie ekranu siedzi lekarz, który tej nocy nie spał, bo walczył o życie czyjego psa. Który właśnie dowiedział się, że jego kolega po fachu nie żyje bo “zabił go hejt”. Który zastanawia się, czy jeszcze da radę. Który płaci za ten zawód cenę, której nikt nie widzi z zewnątrz.
Nie piszę tego, żebyście nam współczuli. Piszę to, żebyście wiedzieli. Bo świadomość zmienia sposób, w jaki wchodzicie do gabinetu. Sposób, w jaki mówicie. Sposób, w jaki patrzycie na człowieka po drugiej stronie stołu. I może ,choćby trochę zmienia to, co piszecie w internecie, kiedy jesteście źli lub przestraszeni.
Bo my was widzimy. Naprawdę.
Widzimy mężczyznę, który trzyma w ramionach starego psa i nie może wykrztusić słowa bo wie że to ostatnie ich chwile. Widzimy kobietę, która zapłaciła za leczenie kota ostatnimi pieniędzmi, bo nie wyobrażała sobie inaczej. Widzimy dziecko, które z powagą dorosłego tłumaczy nam, gdzie boli jego świnkę morską. Widzimy nastolatka, który czeka całą noc przed kliniką, bo nie chce być daleko kiedy jego ukochany kot walczy o życie. Widzimy kogoś, kto mówi nam, że jego pies jest jedynym, który nie odszedł, gdy wszystko inne w jego życiu się posypało.
Widzimy ta miłość. Tę samą, która nas tu przyprowadziła. I która sprawia, że mimo wszystkich bezsennych nocy, mimo klinicznych świąt, mimo ciężaru decyzji, których nie można cofnąć – wciąż chcemy tu być. Wciąż chcemy walczyć. Bo ta miłość – wasza miłość do waszych zwierząt – jest dowodem na to, że robimy coś, co ma sens. Głęboki, prawdziwy sens.
I właśnie dlatego wstajemy rano. Nie dla pieniędzy, nie dla chwały, nie dla tytułu. Wstajemy, bo ta miłość, jest tak naprawde lustrem naszej własnej. Bo kiedy wasz pies, któremu nie dawaliśmy szans, wychodzi z gabinetu o własnych siłach, to jest chwila, dla której warto było zarwać noc, warto było nie odpuścić, warto było być tu, a nie gdzie indziej.
Kiedy piszecie do nas tydzień później, że wasz zwierzak biega i je z apetytem, to jest paliwo, które sprawia, że następnego dnia znowu stajemy do walki. Kiedy mówicie „dziękuję” my naprawdę to czujemy. Kiedy traktujecie nas jak człowieka, a nie jak usługę, to zostaje w nas na długo.
Nam też zależy. Tak samo mocno jak wam. Czasem nawet mocniej, niż jesteśmy w stanie powiedzieć głośno. Bo nauczono nas być silnymi, profesjonalnymi, opanowanymi. Ale za tym wszystkim jest człowiek, który wybrał ten zawód, bo nie potrafił wyobrazić sobie innego życia.
I który każdego dnia na nowo udowadnia sobie, że ta decyzja miała sens.
Dziś, w Światowy Dzień Lekarzy Weterynarii, nie proszę o oklaski.
Proszę o jedno: żebyście pamiętali, że za tym spokojem, za tą wiedzą, za tym uśmiechem przy drzwiach, stoi człowiek. Człowiek, który prawdopodobnie nie spał połowy nocy, bo walczył o czyjeś życie. Który być może właśnie przed chwilą pożegnał pacjenta, którego leczył przez dziesięć lat. Który nosi w sobie tysiące historii, z których każda coś w nim zostawiła. Czasem więcej niż powinna.
Człowiek, który wybrał ten zawód z miłości, który płaci za niego bardzo wysoką cenę i który mimo wszystko nie potrafi wyobrazić sobie, że mógłby robić cokolwiek innego.
Pamiętacie jesteśmy jednym zespołem. Wy i my. Po dwóch stronach tego samego stołu, z jednym wspólnym celem. I dopóki wy będziecie kochać swoje zwierzęta tak mocno, dopóty my będziemy tu. Gotowi.
Bo słabszy, mniejszy i ten ktory nie moze sam prosić o pomoc zasługuje na to, by ktoś o niego walczył.
I my jesteśmy tu.
Dla was. I dla nich.
Zawsze byliśmy.
I będziemy.
Kuba
wśród fanów Życie Weterynaryjne Polskie Stowarzyszenie Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna Nie zadzieraj z Weterynarzem Weterynarz też człowiek Dorota Sumińska - Zwierzę Ci się Nic nie przeraża weterynarza Weterynaria
---------------
Zróbcie dziś jedną rzecz.
Wejdźcie w komentarz i oznaczcie swoich lekarzy weterynarii.
Napiszcie jedno zdanie: proste „dziękuję”.
Albo wyślijcie im krótką wiadomość.
To drobiazg dla was.
A dla nas często powód, żeby następnego dnia znowu wstać i wrócić do gabinetu.
Dzieki!