06/06/2025
Czasem słyszę, że nie ma istot idealnych – ale Selama przeczyła tej teorii. Była niesamowita. Niezwykle towarzyska, choć z nutą kociej tajemnicy. Zawsze ciekawa świata, odważna i gotowa na każde wyzwanie. Społeczna i spolegliwa, żyła w pełnej zgodzie z naszą psioludzką rodziną.
Kochała być blisko człowieka. Obserwowała nas z uwagą, zasiadała nieopodal, wskakiwała na kolana. Miała swoje miejsce w łóżku – tuż przy poduszce, jak najbliżej mojej głowy. Lubiła wtulać się w szyję albo układać łapkami na moim ramieniu. Była obecna. Czujna. Delikatna.
Z czasem nasz dom stał się dla niej trochę za ciasny. Sama podjęła decyzję, że rozciągnie swoje drogi na ogród i dom naszej sąsiadki – pani Danki. Starszej, samotnej kobiety, którą najwyraźniej potrzebowała jej towarzystwa i uwielbialam spotkania z Selama. Spędzała u niej długie godziny: leżała na kolanach, dawała się głaskać, chłonęła ciszę i ciepło. A potem – na mój gwizd lub wołanie – wracała do nas. Jakby dokładnie wiedziała, gdzie jest potrzebna i kiedy.– jakby znała rytm i potrzeby obu domów.
Była wolna i beztroska, ale zawsze uważna. Nigdy nie znikała na długo, nigdy nie znikała daleko.
Miałyśmy tylko jedną różnicę nie do pogodzenia – Selama i jej kocie preferencje kulinarne. Ja veganka, a ona… uznawała tylko jedno: mięso. Natomiast miała swoich zwolenników tej diety w postaci wszystkich czworonożnych domowników.
Byłam uwielbiam prawdziwie i oddanie prze P***y, w końcu od pierwszego dnia urodzin była przy niej. Selama lubiła psie towarzystwie i bardzo sprawnie się z nimi komunikowała. Czuła się swodobnie niemalże z każdym psim gościem. Wychowana od kociaka w śród psów u Marcina w domu.
Ostatnie tygodnie były dla nas niezwykle trudne. Zaledwie kilka dni po odejściu Bletki, dostaliśmy diagnozę: nowotwór. Bez nadziei na wyleczenie. Tylko opieka paliatywna.
Każdego dnia rozpadałam się trochę bardziej. Wiedziałam, że zmierzamy w stronę, z której nie ma powrotu. Psy i M. też to czuły. Zmieniliśmy rytm dnia, rytuały, nasze plany. Wszystko podporządkowaliśmy Selamie.
Chciałam dać jej wszystko, co tylko mogłam. Jak najwięcej czułości, spokoju, bezpieczeństwa. Zżyłyśmy się jeszcze mocniej. Spędzałyśmy godziny na wspólnym leżeniu, tuleniu, czesaniu, karmieniu. Byłyśmy razem – naprawdę razem – aż do samego końca.
Czas odchodzenia rządzi się swoimi prawami. Wciąga tych, którzy kochają. A mnie niemal zabrał ze sobą.
Brakuje mi jej obecności, spojrzenia, miękkich kocich kroków, porannego mruczenia. Brakuje mi jej ciszy, brakuje mi jej całej. Nie jestem pogodzona nadal.
Od dwuch tygodni nie ma Selamy z nami.