20/09/2026
Jest taki moment w życiu wielu lekarzy weterynarii, kiedy stoisz nad pacjentem, patrzysz w wyniki, słuchasz opiekuna, analizujesz objawy i w głowie masz jedną myśl:
„Boże, przecież ja nie mam pojęcia, co robię”.
Najgorsze jest to, że zaczyna się tak dziać coraz częściej, a najlepsze jest to, że bardzo często masz pojęcie.
Twój mózg właśnie uznał, że skoro nie wiesz wszystkiego, nie widziałeś każdego przypadku na świecie, nie znasz na pamięć wszystkich dawek leków i nie potrafisz jednym spojrzeniem odróżnić „dziwnego czegoś”, „bardzo dziwnego czegoś”, aż do „co to do ch*** jest”, to najwyraźniej jesteś szarlatanem.
No hejka: witamy w syndromie oszusta. Zapnij pasy 😊
Możesz mieć dyplom, lata doświadczenia, setki albo tysiące pacjentów za sobą, szkolenia, konferencje, przypadki wyciągnięte z bagna i klientów, którzy Ci ufają, Order Orła Polskiego, a mimo to gdzieś z tyłu głowy siedzi mały, wredny głosik:
„No dobra, ale kiedyś się wyda”.
I to jest w weterynarii wyjątkowo podłe, bo nasza praca sama w sobie jest idealną pożywką dla tego mechanizmu.
Pacjent nie powie, co go boli, opiekun niewiele wie, objawy bywają niespecyficzne, badania jak na złość nie pasują do siebie.
Zwierzę może wyglądać „tak sobie”, a w środku mieć dramat w pięciu aktach, albo w drugą stronę: wyglądać dramatycznie, a finalnie mieć problem prostszy, niż się wydawało.
To Ty masz podjąć decyzję. Decyzje na szybko, w emocjach, często „do 100zł”, z głową w której jest pięć przypadków klinicznych przed nim, i kolejnych pięć po nim w kolejce. Na dodatek coś dziwnie zaczyna Ci oddychać im dłużej na niego patrzysz…
Potem dziwimy się, że lekarze weterynarii mają w głowie chaos.
Syndrom oszusta nie wygląda tak, że ktoś faktycznie nic nie umie, jest raczej na odwrót.
Najbardziej irytuje, że to dotyka ludzi, którym zależy. Tych, którzy analizują, widzą niuanse i wiedzą, ile jeszcze nie wiedzą i po pracy wracają do domu i zamiast odpocząć, odpalają książkę, artykuł albo konsultują przypadek z kimś bardziej doświadczonym.
Można było by powiedzieć, że to po prostu pokora. Problem zaczyna się wtedy, gdy zdrowa pokora zamienia się w wieczne poczucie, że nie zasługujesz na zaufanie.
Jest znacząca różnica między: „Muszę to jeszcze sprawdzić, bo chcę podjąć dobrą decyzję”, a „Muszę to jeszcze sprawdzić, bo jestem beznadziejny”.
Pierwsze jest profesjonalizmem.
Drugie jest przemocą psychiczną wobec samego siebie (tak – potrafimy tak sobie robić).
Dobry lekarz nie musi wiedzieć wszystkiego z głowy, nie ważne jak bardzo społeczeństwo by tego od nas wymagało nakarmione papkami z tiktoka, instagrama i dr Housa.
Dobry lekarz ma wiedzieć, kiedy trzeba: sprawdzić, skonsultować, powiedzieć: „na ten moment nie mam pewności”, lub odesłać pacjenta dalej.
To nie jest kompromitacja. To jest medycyna i praca w takiej, a nie innej branży.
W weterynarii mamy jakiś dziwny kult nieomylności, który dajemy sobie zaszczepić i na który dajemy przyzwolenie. Jakby lekarz miał być połączeniem encyklopedii, chirurga, internisty, psychologa, księgowego, negocjatora, jasnowidza i człowieka, który jeszcze po 12 godzinach pracy odpowiada grzecznie na wiadomość: „piesek od rana jakiś nieswój, co robić?”.
Potem taki lekarz popełni błąd, czegoś nie wie, czegoś nie przewidzi i ma poczucie, że to dowód na jego niekompetencję. Nie. To dowód na to, że pracuje w realnym świecie.
Oczywiście, błędy trzeba analizować, a nie tylko usprawiedliwiać. Trzeba się uczyć, wyciągać wnioski, mieć standardy (professionals have standards!) i się rozwijać.
Rozwój jednak nie może polegać na codziennym biczowaniu się po głowie i dupie.
Bo wtedy nie budujesz kompetencji. Budujesz lęk i strach – przed sobą i otoczeniem.
Lęk w medycynie jest podstępny. Może sprawić, że zaczynasz zlecać badania nie dlatego, że są potrzebne, tylko dlatego, że boisz się decyzji. Albo przeciwnie, nie zlecasz ich, bo boisz się reakcji opiekuna. Możesz unikać trudniejszych przypadków. Możesz zaniżać ceny. Możesz przepraszać za to, że wykonujesz swoją pracę. Możesz mieć problem z powiedzeniem klientowi: „to wymaga diagnostyki”, bo w głowie słyszysz: „a co, jeśli on pomyśli, że naciągam?”.
Syndrom oszusta bardzo lubi lekarzy weterynarii, bo my jesteśmy przyzwyczajeni do funkcjonowania na granicy odpowiedzialności, emocji i niepewności. Warto więc sobie powiedzieć jedną rzecz: „Nie musisz czuć się pewnie przez cały czas, żeby być dobrym lekarzem”.
Czasem wystarczy, że działasz uczciwie (rzekłbym że w 98% przypadków).
Myślisz klinicznie. Komunikujesz jasno. Nie udajesz pewności tam, gdzie jej nie ma. Nie mylisz niewiedzy z niekompetencją. Łatwe i proste… w teorii oczywiście.
Niewiedza jest normalna. Nie normalizujmy „alf i omeg”!
Niekompetencja zaczyna się wtedy, gdy ktoś nie wie, ale udaje, że wie, gdy nie sprawdza, nie konsultuje, nie uczy się i nie widzi problemu – gdy jednym słowem – jest śliskim cwaniakiem.
Jeśli Ty masz wątpliwości, sprawdzasz, uczysz się, analizujesz i zależy Ci na pacjencie, to jest spora szansa, że nie jesteś oszustem, myślę, że nawet jest to stuprocentowa szansa.
Pamiętaj: Jesteś lekarzem. Fakt, czasem zmęczonym, przeciążonym, czasem niepewnym, ale jednak lekarzem.
Może zamiast czekać, aż ktoś „odkryje prawdę”, warto samemu odkryć inną: profesjonalizm nie polega na tym, że nigdy się nie boisz - polega na tym, że mimo tego lęku nadal robisz swoją robotę najlepiej, jak potrafisz.
Potem wracasz do domu i próbujesz nie analizować przez trzy godziny, czy to jedno zdanie do klienta można było powiedzieć lepiej i czy nie warto było jeszcze ukłuć tyłka „Puszka” tym konkretnym lekiem.
Chociaż wiadomo.
I tak będziesz analizować. Tacy już jesteśmy.