15/08/2026
Kochani,
pewnie zastanawiacie się, dlaczego tak mało ostatnio publikujemy.
Jednym z powodów jest paskudna choroba, która weszła nam w stado. Ale o niej opowiem następnym razem.
Drugi powód to… Gracja.
Jest piękne, słoneczne popołudnie. Promienie złotego słońca padają na fotel, na którym leży nasza seniorka.
Zwyczajny dzień.
Zwyczajna kotka.
A pod tą złotą poświatą sierpniowego słońca gaśnie życie.
Tego zwyczajnego dnia.
U tego zwyczajnego kota.
Gracja od lat chorowała na nerki. Nie jakoś szczególnie dramatycznie. Ot, wiedzieliśmy, że trzeba kontrolować fosfor, robić cykliczne badania krwi i USG. Taka kocia normalność.
Na początku tego roku wyniki trochę się pogorszyły. W obrazie choroby nerek mówiliśmy o wczesnym stadium — gdzieś pomiędzy 1. a 2. stopniem klasyfikacji IRIS, czyli systemu opracowanego przez International Renal Interest Society do oceny przewlekłej choroby nerek u psów i kotów.
Trzynastoletni kot.
Choroba, którą znamy.
Kontrole, suplementy, dieta, obserwacja.
Nic, co kazałoby wtedy myśleć o końcu.
Mieliśmy wprowadzić podstawowe suplementy i umówić Grację do specjalisty.
I wtedy lekarze mówili o latach życia.
Latach.
Brzmiało to jak słodka obietnica. Jak plaster przyklejony na poranione serce.
W maju, przed planowanym znieczuleniem i czyszczeniem zębów, powtórzyliśmy badania.
Nie były dobre.
Ale też nie wyglądały jak katastrofa.
Padło nawet, że najbliższy rok rysuje się raczej stabilnie.
Rok.
Dwa miesiące wcześniej mówiliśmy o latach.
Zacisnęłam więc zęby i wzięłam się za temat jeszcze mocniej.
Leki.
Dieta.
Suplementy.
Kroplówki.
Kontrola wagi.
Obserwacja.
Gracja przytyła z 2,89 do 3,30 kg.
Potem trochę spadła — do 3,20.
Sukces.
Kot jadł.
Kot był aktywny.
Kot wyglądał dobrze.
Kot przytył.
No to przecież będzie lepiej.
I znowu będziemy mówić o latach.
Prawda?
Nie.
Cios przyszedł wraz z kolejnymi wynikami.
Parametry poszły w górę.
Nie trochę.
Wariacko. Absurdalnie.
Tak, że zupełnie nie pasowało to do kota, którego widziałam przed sobą.
Pomyłka w laboratorium.
Chory żart.
Noż przecież to niemożliwe.
Gracja trafiła na tydzień do szpitala na intensywne płukanie.
Potem ponowne badania.
Stres we mnie był taki, że robiło mi się niedobrze.
A kiedy przyszły wyniki, świat na chwilę zawirował.
Nic nie spadło.
Odrobinę wzrosło.
Jak?!
No jak?!
To jest ten moment, w którym rozum próbuje przyjąć wyrok, a serce urządza regularną walkę bokserską z rzeczywistością.
Czas, który jeszcze chwilę temu płynął zwyczajnie, nagle stanął.
A potem ruszył jak bolid Kubicy.
I zaczęło się szukanie alternatyw.
Konsultacje.
Pytania.
Rozmowy z ludźmi z branży.
Kontakty również poza Polską.
Wszystko, co może dać nam choć kawałek odpowiedzi,odrobinę nadziei.
Jeśli czegoś nauczyło mnie życie z kotami, to tego, że bezsilność jest paskudnym przeciwnikiem.
A ja nie zamierzam pozwolić jej rozgościć się w głowie.
Chcę kraść czas.
Nie wiem, ile go mamy.
Nie chcę wiedzieć.
Chcę, żeby Gracja nadal jadła. Nadal patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem. Nadal była sobą.
Chcę utrzymać ją jak najdłużej w takim humorze, apetycie i komforcie.
Jak zawsze w takich sytuacjach znikam trochę dla świata.
Muszę przemielić informacje w głowie i w ciele. Ustawić cel. Być czujna, ale nie paranoiczna. Obserwować. Reagować. Wyłapywać najmniejsze zmiany.
I trochę udawać, że mam wpływ... Czasem trzeba sobie pozwolić na tę odrobinę iluzji.
W przyszłym tygodniu będę rozmawiać z lekarzem prowadzącym. Zapytam o możliwości. O kolejne kroki. O wszystko, co jeszcze możemy zrobić.
Nie zapytam o czas.
Nie ja.
Nie lekarz.
Nie statystyka.
Nie wynik wydrukowany na papierze.
O czasie Gracji decyduje Gracja.
A moim zadaniem jest zrobić wszystko, żeby jej ten czas był dobry.
To jest dla mnie bardzo trudne.
Gracja jest moją najstarszą — choć wcale nie starą — kotką.
Kocham ją całym sercem.
Kocham ją za to, jaka jest.
Nawet za jej słynny unikowy styl przywiązania. ;)
Piszę Wam o tym, żebyście wiedzieli, dlaczego czasem milczę.
Ale piszę też dlatego, że potrzebuję Waszego wsparcia w tej walce.
Dobrego słowa.
Dobrej myśli.
Suplementów czy karmy, o których Wiktoria napisała w poście poniżej.
I — jeśli ktoś może — wpłaty na zrzutkę.
To wszystko ma znaczenie.
Bo tak, to jest „tylko” zwyczajny kot z bardzo powszechną wśród kotów chorobą.
Tylko że… to jest Gracja.
Jeden z filarów Kocińca.
Osobowość. Charakter. Po prostu ona.
Każdy kociarz, który kiedykolwiek mierzył się z przewlekłą chorobą nerek, wie, jak cholernie trudna jest to walka.
Jak bardzo obciąża psychicznie opiekuna.
Jak bezlitosna potrafi być dla kota, kiedy choroba wchodzi w swoje ostatnie stadium.
I każdy, kto to przeżył, wie, że prędzej czy później może przyjść ten moment, kiedy trzeba będzie podjąć tę najtrudniejszą decyzję.
Tę ostateczną...
Każdy zna ten ból.
Może więc trochę egoistycznie.
Może dziecięco.
Może kompletnie nieracjonalnie.
Ale ja jeszcze nie chcę.
Nie chcę teraz.
Chcę, żeby czas z Gracją ciągnął się jak guma balonowa, którą za dzieciaka owijało się wokół palca.
Chcę jeszcze zwyczajnych popołudni. Takich jak dziś...
Jeszcze jej focha.
Jeszcze tego spojrzenia spod przymrużonych powiek.
Jeszcze tego jej „nie dotykaj mnie, człowieku”, kiedy przecież sama po chwili przychodzi sprawdzić, gdzie jestem.
Chcę, żeby każdy kolejny dzień był dla niej dobrym dniem.
Bez bólu.
Z apetytem.
Z komfortem.
Z tym jej własnym, gracjannowym charakterem.
Dobrze przeżytym.
Czy to tak wiele?