Sklep zoologiczny - Zooklub - Vetopedia

Sklep zoologiczny - Zooklub - Vetopedia Specjalistyczny sklep z artykułami dla zwierząt.

🐾 Uwaga, uwaga, miłośnicy futrzastych przyjaciół! 🐾Mamy dla Was ważne ogłoszenie, które może poprawić nastrój każdemu ps...
30/08/2026

🐾 Uwaga, uwaga, miłośnicy futrzastych przyjaciół! 🐾
Mamy dla Was ważne ogłoszenie, które może poprawić nastrój każdemu psiakowi, kociakowi, a nawet chomikowi! 🐶🐱🐹
Dzisiaj jest NIEDZIELA HANDLOWA! 🎉 To oznacza, że nasz sklep zoologiczny jest otwarty i gotowy, by spełniać marzenia Twoich zwierzaków!
Pracujemy od 9:00 do 16:00, więc zdążysz zrobić zapasy karmy, zabawek i smakołyków, zanim Twój pupil zorientuje się, że miska jest pusta! 😱🍖
Pamiętaj – szczęśliwy zwierzak to najedzony zwierzak, a Ty z pustą lodówką jakoś wytrzymasz. 😂
Niech Twoje futrzaki wiedzą, że ich dobro jest dla nas na pierwszym miejscu!
Wbijaj do nas po wszystko, czego Twoje zwierzęta pragną - i niech żadna łapa nie odejdzie stąd zawiedziona! 🐾💚

🌱 ZIELONY WEEKEND w Zooklubie! 🌱To prawdziwe święto dla wszystkich miłośników kotów, świnek morskich i królików!Trawa dl...
28/08/2026

🌱 ZIELONY WEEKEND w Zooklubie! 🌱
To prawdziwe święto dla wszystkich miłośników kotów, świnek morskich i królików!
Trawa dla kota, świnek i królików w promocji 1+1 GRATIS – kup jedno opakowanie, drugie dostajesz ZA DARMO! 🐾🐰
Spraw radość swojemu zwierzakowi – zapraszamy!
PROMOCJA w dniach 28.08 - 29.08 (lub do wyczerpania zapasów!)

🥫 BALTICA ZNOWU NA PÓŁKACH! 🐶Dojechała świeża dostawa mokrych karm Baltica 😎Mamy między innymi:🐄 cielęcinę z jagnięciną🦆...
26/08/2026

🥫 BALTICA ZNOWU NA PÓŁKACH! 🐶

Dojechała świeża dostawa mokrych karm Baltica 😎

Mamy między innymi:
🐄 cielęcinę z jagnięciną
🦆 kaczkę z gruszką
🪿 gęsinę z indykiem
🐐 kozinę z cielęciną
🐖 wieprzowinę z jabłkiem i selerem

To karmy z 94% mięsa, podrobów i bulionu, w kilku wariantach białkowych - więc jest z czego wybierać także wtedy, gdy szukacie czegoś mniej oczywistego niż standardowy kurczak.

📍 Zooklub Szczecin-Zdroje

Zapraszamy, zanim półka znowu zrobi się podejrzanie pusta. 😉

A jutro.... przyjedzie kolejna dostawa :)

Bardzo pilnie potrzebuję. Ale nie za tyle.Dzwoni pan, bo sprawa jest pilna. Właściwie bardzo pilna. Potrzebuje konkretne...
21/08/2026

Bardzo pilnie potrzebuję. Ale nie za tyle.

Dzwoni pan, bo sprawa jest pilna. Właściwie bardzo pilna. Potrzebuje konkretnej karmy, dokładnie takiej i takiej, w konkretnym opakowaniu, i koniecznie musi ją mieć jutro. Nie za dwa dni, nie przy okazji następnej dostawy, tylko jutro. Najlepiej jeszcze, żebyśmy przywieźli mu ją do domu. Sprawdzamy więc wszystko dokładnie. Karma jest. Nie mamy jej akurat na półce, ale jest dostępna w hurtowni, która może dostarczyć ją rano. Da się zrobić.

Tyle że hurtownia nie przywiezie nam jednego worka karmy tylko dlatego, że jeden klient bardzo pilnie go potrzebuje. Obowiązuje minimum logistyczne 500 zł. Jeżeli chcemy mieć ten konkretny worek rano, musimy zrobić całe zamówienie za co najmniej pięćset złotych. Oznacza to, że oprócz karmy za 67 zł musimy dobrać ponad czterysta złotych innych produktów, których w tym momencie wcale nie potrzebujemy. Musimy wyłożyć pieniądze, zamrozić je w towarze, który będzie później czekał na sprzedaż, przyjąć całą dostawę, rozpakować ją, sprawdzić, oznaczyć i poukładać. Wszystko po to, żeby jeden worek znalazł się rano w sklepie.

Ale dobrze. Pan potrzebuje. Możemy to zrobić. W czasie rozmowy pada więc pytanie, ile karma będzie kosztowała. Odpowiadamy, że orientacyjnie 70-80 złotych. I nagle cała pilność się kończy. "A nie, to dziękuję". Kurtyna.

Sama historia nie byłaby może szczególnie interesująca, gdyby nie to, że bardzo dobrze pokazuje pewien sposób myślenia o sklepie stacjonarnym. Karma w hurtowni kosztuje nas około 67 zł brutto. Gdybyśmy sprzedali ją za mniej więcej 77 zł, zostałoby nam około 10 zł różnicy brutto. Dziesięć złotych za kilkanaście minut rozmowy telefonicznej, znalezienie konkretnego produktu, sprawdzenie dostępności, zorganizowanie specjalnego zamówienia na następny dzień, zaangażowanie pięciuset złotych w dostawę, której akurat nie potrzebujemy, późniejsze przyjęcie tego wszystkiego, rozpakowanie i jeszcze dostarczenie worka pod wskazany adres.

Może rzeczywiście przesadziliśmy. Dziesięć złotych za całą tę operację brzmi przecież jak wyjątkowo bezczelna marża. Być może powinniśmy byli zamówić za pięćset złotych towaru, którego nie potrzebujemy, poświęcić czas, zaangażować własne pieniądze, przyjąć dostawę, a potem jeszcze pojechać z karmą do klienta i najlepiej sprzedać ją po cenie zakupu. W końcu w internecie pewnie da się znaleźć taniej.

I właśnie to "w internecie" jest tutaj najciekawsze. Internet bardzo skutecznie nauczył nas porównywać ceny. Wpisujemy nazwę produktu, otwieramy kilka sklepów i po chwili wiemy, że gdzieś worek kosztuje 69,99 zł, gdzie indziej 72,50 zł, a ktoś jeszcze sprzedaje go za 75 zł. Po kilku minutach powstaje w głowie cena, którą uznajemy za "właściwą". Wszystko powyżej zaczyna wyglądać jak przepłacanie.

Tyle że internet nauczył nas porównywać ceny towaru, a niekoniecznie wartość pracy, która czasem stoi za sprzedażą tego towaru. Duży sklep internetowy kupuje produkty w lepszych cenach, może trzymać tysiące produktów w magazynie, realizować setki albo tysiące zamówień dziennie i zarabiać niewiele na pojedynczej sztuce, bo nadrabia skalą. Zamówienie wpada do systemu, ktoś zdejmuje produkt z regału, pakuje go i przesyłka jedzie. Nikt nie musi przez kilkanaście minut rozmawiać z jednym klientem, szukać specjalnie dla niego towaru, organizować dodatkowej dostawy na następny dzień i jeszcze planować osobistego dowozu.

Od sklepu stacjonarnego oczekujemy czegoś zupełnie innego. Ktoś ma odebrać telefon, wysłuchać, znać produkt, sprawdzić dostępność, wiedzieć, gdzie go znaleźć, zadzwonić, zamówić, czasem zrobić wyjątek, czasem uruchomić dostawę specjalnie dla jednej osoby. Jeżeli trzeba, ma jeszcze doradzić, wytłumaczyć, porównać produkty i rozwiązać problem. To wszystko jest bardzo potrzebne aż do chwili, kiedy okazuje się, że ta praca również gdzieś musi znaleźć się w cenie.

I wtedy bardzo łatwo pada argument, że "w internecie jest taniej". Oczywiście, że czasem jest. Nie ma w tym nic dziwnego. Problem zaczyna się wtedy, kiedy od sklepu stacjonarnego oczekujemy obsługi, której sklep internetowy nam nie daje, a jednocześnie chcemy zapłacić dokładnie tyle, ile kosztuje anonimowe pudełko wysłane z magazynu na drugim końcu Polski.

Mały sklep ma być dostępny, pomocny, elastyczny i najlepiej jeszcze natychmiastowy. Ma mieć człowieka po drugiej stronie telefonu, który poświęci czas, znajdzie rozwiązanie i załatwi sprawę. Tylko że sam czas tego człowieka, jego praca i cała infrastruktura potrzebna do tego, żeby mógł powiedzieć "dobrze, załatwimy to na jutro", bardzo często mają w oczach klienta wartość dokładnie zero złotych.

Nie chodzi nawet o to, żeby obrażać się na klienta, który rezygnuje. Ma do tego pełne prawo. Jeżeli cena mu nie odpowiada, może kupić gdzie indziej. Chodzi raczej o to, jak bardzo zmieniło się nasze myślenie o cenie. Coraz częściej patrzymy wyłącznie na kwotę przy produkcie, jakby wszystko wokół niego powstawało samo. Jakby telefon odbierał się sam, zamówienie samo dobijało do minimum logistycznego, towar sam przyjeżdżał, rozpakowywał się, trafiał na półkę, a na końcu sam wsiadał do samochodu i jechał pod wskazany adres.

W tej historii chcieliśmy zostawić sobie na tym mniej więcej 10 złotych. Nie sto. Nie pięćdziesiąt. Około dziesięciu. I nawet te 10 złotych nie jest przecież naszym czystym zarobkiem. Z tej kwoty trzeba opłacić ludzi, podatki, energię, paliwo, lokal, obsługę dostawy, księgowość, sprzęt i całą resztę kosztów, które istnieją niezależnie od tego, czy klient je widzi. To nie jest 10 złotych, które ktoś po sprzedaży wkłada sobie do kieszeni. To jest 10 złotych, z których sklep ma jeszcze sfinansować kawałek całej pracy i infrastruktury potrzebnej do tego, żeby ten jeden worek karmy w ogóle mógł następnego dnia trafić do klienta.

I właśnie dlatego porównywanie takiej ceny wyłącznie z najniższą ofertą znalezioną w internecie jest trochę absurdalne. Widzimy cenę worka, ale nie widzimy już ludzi, czasu, samochodu, magazynu, prądu, podatków ani pieniędzy zaangażowanych w to, żeby ktoś mógł odebrać telefon i powiedzieć: "Dobrze, załatwimy to na jutro".

122 razy więcej strachu w misceDostaliśmy ostatnio dość alarmistycznego maila od pani zoopsycholog. Zaczyna się niewinni...
20/08/2026

122 razy więcej strachu w misce

Dostaliśmy ostatnio dość alarmistycznego maila od pani zoopsycholog. Zaczyna się niewinnie: jeśli chcemy ocenić karmę dla psa, nie powinniśmy patrzeć przede wszystkim na jej skład. Najważniejszy ma być "stopień przetworzenia". Dalej pojawia się wysoka temperatura, reakcje chemiczne, tajemniczo brzmiące AGE, przewlekły stan zapalny, neurodegeneracja i w końcu - oczywiście - nowotwory.

A na samym końcu, kiedy właściciel psa zdąży już spojrzeć na worek karmy mniej więcej tak, jak patrzy się na beczkę z odpadami radioaktywnymi, pojawia się rozwiązanie: ranking karm niskoprzetworzonych oraz kalkulator zdrowych dodatków.

I właśnie w tym miejscu warto zrobić coś bardzo niemodnego.

Zajrzeć do badań.

Nie dlatego, że temat AGE jest wymyślony. Wręcz przeciwnie. Jest prawdziwy i naukowo bardzo ciekawy. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy z "to zjawisko jest badane" robi się "wiemy już, że od tego pies choruje".

W mailu czytamy:

> "Pies spożywa średnio 122 razy więcej AGE niż człowiek".

To robi wrażenie. Sto dwadzieścia dwa razy. Gdyby było 17 razy, może nie brzmiałoby jeszcze wystarczająco groźnie.

Tyle że w badaniu, z którego pochodzi ta liczba, naukowcy nie napisali, że pies spożywa 122 razy więcej AGE.

W pracy van Rooijen i wsp. zbadano 67 komercyjnych karm dla psów i kotów i oznaczano kilka produktów reakcji Maillarda, między innymi fruktozelizynę, CML oraz HMF. I właśnie dla HMF - jednego konkretnego produktu reakcji Maillarda - oszacowano, że pies żywiony przeciętną karmą ekstrudowaną może spożywać go około 122 razy więcej niż dorosły człowiek, po przeliczeniu na metaboliczną masę ciała.[1]

To dość istotna różnica.

"Jeden z oznaczanych produktów reakcji Maillarda występował w takim spożyciu" nie znaczy tego samego co "pies spożywa 122 razy więcej AGE".

Co więcej, dla CML - związku klasyfikowanego jako AGE - oszacowane spożycie u psów było znacznie bliższe wartościom obserwowanym u ludzi. Trudno więc z jednej liczby dotyczącej HMF wyprowadzić uczciwy wniosek, że psy generalnie otrzymują z dietą 122 razy więcej AGE.

Ta sama publikacja przynosi jeszcze jedną niespodziankę. Największe średnie stężenia badanych FL, CML i HMF stwierdzono nie w karmach ekstrudowanych, lecz w karmach puszkowanych.[1]

To dość niewygodna informacja, jeśli opowieść ma wyglądać prosto: sucha ekstrudowana karma jest mocno przetworzona, więc tam kryje się główny problem.

Ale nauka bywa złośliwa i nie zawsze układa się w reklamowy slogan.

Kilka lat później inna grupa zbadała kolejne 53 karmy i przysmaki dla psów i kotów. Rezultat? Ponownie okazało się, że ilość produktów reakcji Maillarda zależy od konkretnego związku i konkretnego rodzaju produktu. W przypadku psów autorzy oszacowali nawet większe spożycie CML, fruktozelizyny i HMF przy karmach mokrych niż suchych. Sami zakończyli pracę stwierdzeniem, że potrzebne są badania in vivo, aby ustalić, czy i w jaki sposób spożywanie tych związków wpływa na zdrowie zwierząt.[2]

Zwróćcie uwagę na język naukowców.

Nie: "prowadzi do chorób".

Nie: "wywołuje nowotwory".

Tylko: musimy dopiero ustalić, jaki ma to wpływ na zdrowie.

W mailu ta ostrożność gdzieś znika.

Czytamy:

> "Związki AGE wywołują w organizmie przewlekły stan zapalny o niskim nasileniu".

A następnie:

> "Taki długotrwały stan zapalny przyczynia się (...) przede wszystkim do rozwoju nowotworów".

I mamy piękną autostradę:

karma wysoko przetworzona -> AGE -> stan zapalny -> nowotwór.

Tyle że między kolejnymi zjazdami tej autostrady brakuje kilku kilometrów asfaltu.

Nie ma sporu o to, że AGE i receptor RAGE uczestniczą w procesach związanych ze stresem oksydacyjnym i zapaleniem. Nie ma też sporu, że powstawanie części produktów reakcji Maillarda zwiększa się podczas obróbki termicznej żywności.

Ale pytanie brzmi zupełnie inaczej:

czy spożywanie przez zdrowego psa komercyjnej karmy ekstrudowanej powoduje przewlekły ogólnoustrojowy stan zapalny i zwiększa z tego powodu ryzyko nowotworu?

Na to pytanie nie mamy dziś odpowiedzi pozwalającej napisać to, co napisano w mailu.

W 2024 roku opublikowano badanie porównujące psy żywione dietą surową i suchą karmą ekstrudowaną. Badacze mierzyli między innymi CRP, haptoglobinę, IgG, galektynę-3 oraz sRAGE. Nie stwierdzili różnicy w badanych ogólnoustrojowych markerach zapalenia pomiędzy grupami. Autorzy napisali, że w badanych parametrach nie znaleźli dowodów wskazujących, aby którakolwiek z tych dwóch diet była związana z większym ogólnoustrojowym stanem zapalnym.[3]

Nie oznacza to jednak, że badanie rozstrzyga sprawę. Obejmowało stosunkowo niewielką grupę psów i nie pozwala wyciągać daleko idących wniosków o długoterminowych skutkach zdrowotnych obu sposobów żywienia.

Czy to dowodzi, że ekstrudowana karma jest idealna i AGE można zignorować?

Nie.

Dokładnie tak samo, jak obecność AGE nie dowodzi, że karma powoduje raka.

To jest właśnie różnica pomiędzy nauką a reklamą. Nauka bardzo często odpowiada: "jeszcze nie wiemy". Reklama znacznie bardziej lubi odpowiedź: "wiemy, a jutro pokażę ci rozwiązanie".

Mamy też interesujące badanie z 2024 roku, w którym ośmiu zdrowym beagle'om podawano cztery różnie przetworzone diety i badano AGE w karmach, osoczu i moczu oraz sRAGE.[4] Różnice rzeczywiście występowały. Nie tworzyły jednak jednolitego, monotonicznego wzorca dla wszystkich oznaczanych AGE i wszystkich badanych materiałów biologicznych. Przykładowo całkowite AGE w diecie i osoczu były najwyższe po karmie mokrej, podczas gdy CML w moczu osiągało najwyższe wartości po karmie suchej ekstrudowanej. Całkowite AGE w moczu oraz sRAGE nie różniły się natomiast istotnie pomiędzy dietami.[4]

To ważne i bardzo ciekawe badanie, ale również tutaj trzeba pamiętać o skali - osiem psów to zdecydowanie za mało, aby na tej podstawie budować uniwersalne twierdzenia o długoterminowym zdrowiu całej populacji.

Jeszcze świeższa praca z 2026 roku zbadała 41 komercyjnych karm: świeżych, mokrych, ekstrudowanych i liofilizowanych. W próbie znalazła się również jedna karma tłoczona na zimno.[5] Autorzy znaleźli różnice w produktach reakcji Maillarda, zawartości lizyny i stopniu jej blokowania pomiędzy kategoriami karm. Co ciekawe, również w tej pracy najwyższe stężenia części oznaczanych AGE, między innymi CML i CEL, stwierdzano w karmach mokrych.

Czyli temat istnieje.

Czyli warto go badać.

Czyli sposób produkcji karmy naprawdę może zmieniać jej właściwości chemiczne.

Tylko że znowu: badanie składu karmy nie jest badaniem zapadalności psów na nowotwory.

A właśnie nowotwory są w mailu emocjonalnym gwoździem programu.

Najpierw dowiadujemy się o AGE, potem o przewlekłym zapaleniu, potem o "rozwoju nowotworów", a chwilę później dostajemy informację, że jeden na cztery psy zachoruje na nowotwór.

Sama liczba nie jest wymyślona. Szacunek mówiący o mniej więcej jednym psie na cztery, który w ciągu życia rozwinie chorobę nowotworową, jest rzeczywiście przywoływany przez organizacje zajmujące się onkologią weterynaryjną.

Problem leży gdzie indziej.

To klasyczny zabieg retoryczny. Nie trzeba nawet napisać:

"sucha karma powoduje raka u jednego na cztery psy".

Wystarczy postawić te informacje obok siebie. Resztę mózg czytelnika dopowie sam.

Tymczasem nowotwory u psów rzeczywiście są ogromnym problemem zdrowotnym, ale ich epidemiologia jest skomplikowana. Duże rejestry nowotworów pokazują potężny wpływ wieku, rasy, płci i rodzaju nowotworu. Szwajcarski rejestr obejmujący 54 986 guzów u 42 743 psów wykazał bardzo wyraźne różnice związane właśnie z takimi czynnikami.[6]

Nie znaleźliśmy natomiast obecnie przekonujących danych epidemiologicznych pokazujących, że psy żywione pełnoporcjową karmą ekstrudowaną częściej chorują na nowotwory właśnie z powodu zawartych w niej AGE. Badanie szwajcarskiego rejestru takich zależności zresztą nie analizowało - dotyczyło epidemiologii nowotworów, a nie sposobu żywienia.

I tu robi się jeszcze ciekawiej.

Nawet u ludzi - gdzie mamy nieporównywalnie więcej danych niż w dietetyce psów - związek pomiędzy AGE pochodzącymi z diety a nowotworami nie jest tak oczywisty, jak wynikałoby z tego newslettera.

Metaanaliza badań prospektywnych opublikowana w 2024 roku, obejmująca ponad 1,2 miliona osób, nie wykazała istotnego związku pomiędzy wysokim spożyciem dAGE a ogólnym ryzykiem nowotworów.[7] Nowsza metaanaliza z 2025 roku również nie wykazała wzrostu ogólnego ryzyka nowotworów, choć znalazła możliwe zależności dla niektórych konkretnych ich typów. Pewność dowodów dla analizowanych wyników autorzy ocenili jako niską lub bardzo niską.[8]

To oczywiście badania ludzi, nie psów.

I właśnie dlatego są tutaj ciekawe.

Skoro nawet w gatunku przebadanym nieporównywalnie dokładniej nie możemy uczciwie wypowiedzieć prostego zdania "dietetyczne AGE powodują raka", to tym bardziej dziwne jest przedstawianie takiego łańcucha jako praktycznie rozstrzygniętego faktu w newsletterze dla właścicieli psów.

Podobnie jest ze zdaniem otwierającym całą historię:

> "Pierwszym i absolutnie najważniejszym krokiem oceny jakości pożywienia jest stopień jego przetworzenia".

"Absolutnie najważniejszym" według kogo?

Bo to już nie jest wynik badania. To jest opinia autora.

Stopień przetworzenia może być jednym z parametrów interesujących przy ocenie karmy. Tak samo jak strawność, kompletność żywieniowa, bilans aminokwasów, minerałów i witamin, bezpieczeństwo mikrobiologiczne, jakość surowców, kontrola procesu produkcyjnego, stabilność produktu czy dostosowanie diety do konkretnego zwierzęcia.

Sprowadzenie całej oceny karmy do jednego hasła jest niezwykle wygodne, gdy za chwilę chcemy zaoferować "ranking karm niskoprzetworzonych".

Nie twierdzimy więc, że wszystko w tym mailu jest nieprawdą.

Wręcz przeciwnie - i właśnie dlatego jest on tak dobrym przykładem.

AGE istnieją. Reakcja Maillarda zachodzi. Obróbka termiczna rzeczywiście zmienia żywność. Związki te są przedmiotem poważnych badań dotyczących metabolizmu, starzenia, stresu oksydacyjnego i zapalenia. Różne technologie produkcji karm mogą powodować powstawanie różnych ilości produktów reakcji Maillarda.

To wszystko jest prawdą.

Nie jest natomiast prawdą, że z obecnego stanu wiedzy można bez kolejnych zastrzeżeń wyprowadzić zdanie:

"sucha ekstrudowana karma -> AGE -> przewlekłe zapalenie -> przyspieszone starzenie -> neurodegeneracja -> nowotwory".

Między "istnieje mechanizm biologiczny" a "ten produkt powoduje tę chorobę" znajduje się jeszcze coś, co w internecie bywa wyjątkowo irytujące.

Nazywa się dowód.

Warto przy tym zachować taką samą ostrożność wobec wszystkich badań - również tych, których wyniki pasują do naszego argumentu. Część cytowanych prac miała powiązania z branżą karm dla zwierząt. W badaniu van Rooijen i wsp. udział w projektowaniu badania, interpretacji wyników i przygotowaniu publikacji miał Mars Petcare, natomiast badanie Kocadağlı i wsp. z 2026 roku było finansowane przez DogMates Ltd., firmę stojącą za marką Butternut Box, a jedna ze współautorek była jej pracownicą. Samo finansowanie przez firmę nie unieważnia wyników badania. Jest jednak informacją, którą uczciwie należy znać przy ich interpretacji.

Bo nauka nie polega na wybieraniu konfliktu interesów tylko wtedy, kiedy nie podoba nam się wynik.

I jeśli po bardzo niepokojącej historii o raku następny akapit zaczyna się od informacji, że autor przygotował ranking produktów oraz specjalny kalkulator, to może warto, zanim wyrzucimy psu zawartość miski do kosza, przeczytać nie tylko newsletter.

Warto przeczytać również to, co naprawdę napisali naukowcy.

Bo czasami między nimi jest różnica.

Nawet 122-krotna.

---

Źródła

[1] van Rooijen C., Bosch G., van der Poel A.F.B., Wierenga P.A., Alexander L., Hendriks W.H. Quantitation of Maillard Reaction Products in Commercially Available Pet Foods. Journal of Agricultural and Food Chemistry, 2014;62:8883-8891. DOI: 10.1021/jf502064h.

[2] Oba P.M. et al. Nutrient and Maillard reaction product concentrations of commercially available pet foods and treats. Journal of Animal Science, 2022;100(11):skac305. DOI: 10.1093/jas/skac305.

[3] Hiney K. et al. F***l microbiota composition, serum metabolomics, and markers of inflammation in dogs fed a raw meat-based diet compared to those on a kibble diet. Frontiers in Veterinary Science, 2024;11:1328513. DOI: 10.3389/fvets.2024.1328513.

[4] Bridglalsingh S. et al. Association of four differently processed diets with plasma and urine advanced glycation end products and serum soluble receptor for advanced glycation end products concentration in healthy dogs. Journal of Animal Physiology and Animal Nutrition, 2024;108:735-751. DOI: 10.1111/jpn.13927.

[5] Kocadağlı T., Clarke C., Gökmen V. A Comparative Analysis of Maillard-Derived α-Dicarbonyl Compounds and Advanced Glycation End Products in Fresh, Wet, Kibble, and Freeze-Dried Dog Foods. Journal of Animal Physiology and Animal Nutrition, 2026;110:417-426. DOI: 10.1111/jpn.70053.

[6] Dhein E.S. et al. Incidence rates of the most common canine tumors based on data from the Swiss Canine Cancer Registry (2008 to 2020). PLOS ONE, 2024. DOI: 10.1371/journal.pone.0302231.

[7] Sharifi-Zahabi E. et al. Dietary advanced glycation end-products (dAGEs) are not associated with the risk of cancer incidence. A systematic review and meta-analysis of prospective cohort studies. Food Science & Nutrition, 2024;12:7788-7797. DOI: 10.1002/fsn3.4396.

[8] Pascual-Morena C. et al. Association of Dietary Advanced Glycation End Products with Overall and Site-Specific Cancer Risk and Mortality: A Systematic Review and Meta-Analysis. Nutrients, 2025;17:1638. DOI: 10.3390/nu17101638.

Jedna puszka na próbęKupowanie przez internet jest wygodne. Często jest też tańsze. Nie ma sensu z tym walczyć ani obraż...
19/08/2026

Jedna puszka na próbę

Kupowanie przez internet jest wygodne. Często jest też tańsze. Nie ma sensu z tym walczyć ani obrażać się na rzeczywistość. Duży sklep internetowy może mieć magazyn na końcu Polski, wysyłać tysiące paczek dziennie i sprzedawać worek karmy kilka czy kilkanaście złotych taniej niż niewielki sklep stacjonarny. Klient ma pełne prawo porównać ceny, wybrać korzystniejszą ofertę i zamówić tam, gdzie mu się opłaca. Sam fakt robienia zakupów w internecie nie jest żadną zdradą lokalnego handlu ani moralnym problemem.

Jest tylko pewien drobiazg, o którym w całej tej wygodzie trochę zapomnieliśmy.

Sklep internetowy świetnie sprzedaje produkty. Znacznie gorzej stoi jednak przy ladzie.

Dlatego zdarza się ciekawy rytuał. Ktoś dzwoni do małego sklepu zoologicznego i zaczyna od niewinnego pytania: "Czy może mi pani powiedzieć, która karma będzie dobra dla mojego psa?". Oczywiście może. Tylko żeby odpowiedzieć sensownie, trzeba wiedzieć coś więcej. Ile pies ma lat? Jaka rasa? Jaka masa ciała? Czy ma jakieś problemy zdrowotne? Co jadł wcześniej? Dlaczego chcemy zmienić karmę? Czy źle ją tolerował, czy po prostu się znudziła? Sucha czy mokra? Czy były biegunki? Czy są alergie? Czy pies jest wybredny? Jak wygląda jego aktywność?

Pięć minut później nie rozmawiamy już o karmie stojącej na półce. Rozmawiamy o konkretnym zwierzęciu.

Po dziesięciu minutach porównujemy trzy produkty. Po piętnastu tłumaczymy różnice w składzie, kaloryczności i sposobie karmienia. Po dwudziestu dochodzimy wspólnie do dwóch sensownych opcji.

I wtedy pada pytanie:

"Czy mogę wziąć jedną puszkę na próbę?"

Jasne, że można.

Puszka kosztuje kilkanaście złotych. Klient wychodzi zadowolony, pies wieczorem ją zjada, wszystko jest dobrze, więc następnego dnia właściciel siada przy komputerze, wpisuje nazwę karmy w Google i zamawia karton tam, gdzie wychodzi dwa złote taniej na puszce.

I właściwie wszyscy dostali to, czego chcieli.

Klient dostał dobrą karmę.

Pies dostał dobrą karmę.

Sklep internetowy dostał zamówienie.

Mały sklep dostał sprzedaż jednej puszki i dwadzieścia minut rozmowy.

Najciekawsze jest to, że ten układ nikogo specjalnie nie dziwi.

Towar ma wartość. Cena puszki jest oczywista. Koszt przesyłki jest oczywisty. Nawet opłata za pobranie jest zrozumiała. Natomiast wiedza człowieka, który przez lata nauczył się odróżniać produkty, zna ich składy, wie, co ludzie kupują, widzi, z czym wracają, potrafi zadać odpowiednie pytania i na podstawie tego wszystkiego coś sensownego zaproponować, funkcjonuje trochę jak powietrze w sklepie.

Jest.

Więc można z niego korzystać.

Nikt przecież nie widzi na paragonie pozycji "17 minut doświadczenia sprzedawcy - 24,90 zł".

I nie chodzi o to, żeby ją tam dopisywać. Rozmowa z klientem jest częścią pracy dobrego sklepu i zawsze nią była. Doradzanie jest jednym z powodów, dla których sklep stacjonarny w ogóle ma jeszcze sens w świecie, w którym niemal wszystko można zamówić telefonem przed wyjściem z łóżka.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy zauważać, że ta rozmowa również jest usługą.

Bo wiedza nie pojawia się w sklepie sama. Ktoś musiał poświęcić czas, żeby ją zdobyć. Ktoś czyta składy, porównuje produkty, rozmawia z producentami, słucha klientów, obserwuje, co się sprawdza, uczy się nowych rzeczy i koryguje stare przekonania. Ktoś za tego pracownika płaci. Ktoś płaci za lokal, w którym można postawić obok siebie trzy worki i naprawdę je obejrzeć. Ktoś zamraża pieniądze w towarze, żeby można było wejść z ulicy i powiedzieć: "chciałbym jedną puszkę na próbę".

Internetowy magazyn działa inaczej. I właśnie dlatego często może być tańszy.

Nie ma w tym żadnej tajemnicy ani niesprawiedliwości. To dwa różne modele handlu.

Tylko czasem próbujemy zbudować sobie z nich model trzeci, idealny: poradę bierzemy ze sklepu stacjonarnego, produkt oglądamy w sklepie stacjonarnym, sprawdzamy wielkość opakowania w sklepie stacjonarnym, kupujemy jedną sztukę testową w sklepie stacjonarnym, a kiedy już wszystko zostało sprawdzone i ryzyko złego wyboru przejął na siebie ktoś inny, regularne zakupy przenosimy do internetu.

To trochę jak pójść do krawca, przez pół godziny wybierać z nim materiał, dać się zmierzyć, poprosić o poradę dotyczącą fasonu, a potem powiedzieć: "Super, dziękuję. To teraz już wiem, jaki rozmiar zamówić w internecie".

Formalnie? Wolno.

Tylko trudno jednocześnie dziwić się później, że krawca któregoś dnia już nie ma.

I chyba właśnie tego elementu brakuje czasem w rozmowie o "wspieraniu lokalnych sklepów". Wsparcie nie musi polegać na patriotycznym obowiązku kupowania wszystkiego drożej. To byłoby absurdalne. Jeżeli worek karmy kosztuje w internecie 180 zł, a lokalnie 250, większość ludzi wybierze internet i trudno mieć do nich o to pretensje.

Ale często różnica wygląda zupełnie inaczej. Kilka złotych. Czasem kilkanaście. Kwota, którą łatwo zauważyć przy porównaniu cen produktu, ale znacznie trudniej zestawić z tym, że po drugiej stronie tej różnicy jest człowiek, do którego można zadzwonić, przyjść z opakowaniem, powiedzieć "pies tego nie chce", pokazać zdjęcie, zapytać o alternatywę i dostać odpowiedź inną niż automatyczne "klienci kupili również".

Zdarzają się nawet sytuacje bardziej osobliwe. Ktoś kupił coś w internecie, paczka przyszła, produkt okazał się nie taki, pies go nie toleruje albo klient nie wie, jak go stosować. I gdzie dzwoni po poradę?

Do sklepu stacjonarnego.

Nie do sprzedawcy, któremu zapłacił.

Nie do magazynu, który wysłał paczkę.

Do ludzi, od których nie kupił niczego.

"Dzień dobry, mam takie pytanie..."

I znów - bardzo często odpowiemy. Bo znamy temat, bo szkoda zwierzęcia, bo odpowiedź zajmie chwilę, bo tak zwyczajnie po ludzku wypada. Tylko kiedy takich "chwil" jest kilkanaście dziennie, zaczynają składać się na całkiem konkretną część pracy.

Jeszcze ciekawiej wygląda to przy rzeczach wymagających większej wiedzy. Dobór szelek. Żywienie zwierzęcia z konkretnymi potrzebami. Preparaty pielęgnacyjne. Podłoża. Wyposażenie. Człowiek potrafi spędzić w sklepie czterdzieści minut, przymierzyć pięć modeli, przedyskutować trzy rozwiązania, wybrać właściwy rozmiar, zapisać nazwę produktu i na końcu powiedzieć zupełnie bez złej intencji:

"Dobra, to jeszcze sprawdzę sobie cenę w internecie."

Oczywiście, że sprawdzi.

My też sprawdzamy ceny.

Tylko internet nie wykonał właśnie czterdziestominutowego przymierzania.

I tu wcale nie chodzi o obrażanie się na klienta. Chodzi raczej o nazwanie rzeczy po imieniu. Cena produktu w małym sklepie nie jest wyłącznie ceną puszki, worka czy szelek. W pewnej części płaci również za możliwość istnienia miejsca, w którym stoi człowiek gotowy poświęcić nam czas.

To trochę podobne do restauracji. W supermarkecie można kupić składniki taniej niż kosztuje gotowe danie. Nie odkrywamy jednak przy rachunku, że restauracja nas oszukała, bo ziemniaki w Biedronce kosztują mniej. Rozumiemy, że płacimy także za kuchnię, lokal, obsługę i człowieka, który wiedział, co z tym ziemniakiem zrobić.

W handlu specjalistycznym ten element jest mniej widoczny, bo wiedzy nie da się położyć na wadze.

Nie ma kodu kreskowego.
Nie stoi na półce.
Nie można jej wziąć do ręki.

Ale kosztuje.

I paradoks polega na tym, że im lepszy sklep, tym łatwiej tego kosztu nie zauważyć. Dobra porada brzmi przecież naturalnie. Sprzedawca odpowiada od razu. Zna produkt. Kojarzy problem. Po kilku pytaniach proponuje rozwiązanie. Z punktu widzenia klienta trwało to dziesięć minut.

Z punktu widzenia człowieka po drugiej stronie lady odpowiedź trwała czasem dziesięć lat doświadczenia i dziesięć minut rozmowy.

Nie chcemy więc wojny z internetem. Sami kupujemy rzeczy przez internet. Nie zamierzamy też patrzeć klientowi przez ramię i sprawdzać, gdzie kupił następną puszkę. Świat się zmienił i handel razem z nim.

Warto tylko czasem pamiętać, że jeżeli chcemy mieć w mieście miejsce, do którego można wejść, powiedzieć "mam problem, pomożecie?" i rzeczywiście otrzymać pomoc, to to miejsce musi z czegoś istnieć.

- Nie utrzyma go liczba udzielonych porad.
- Nie opłaci czynszu wdzięczność.
- Nie zapłaci pensji zdanie "bardzo mi pan pomógł".
- Ostatecznie zrobią to zakupy.

Nie wszystkie. Nie za wszelką cenę. Nie z poczucia winy.

Ale czasem może właśnie ta jedna puszka na próbę nie musi być ostatnią, którą kupimy w miejscu, dzięki któremu w ogóle dowiedzieliśmy się, którą wybrać.

Misja kończy się przy paczkomacieMały sklep zoologiczny jest miejscem niezwykłym. Nie dlatego, że stoją w nim worki karm...
17/08/2026

Misja kończy się przy paczkomacie

Mały sklep zoologiczny jest miejscem niezwykłym. Nie dlatego, że stoją w nim worki karmy, wiszą smycze, a gdzieś między regałami zawsze znajdzie się człowiek szukający "tego samego żwirku co ostatnio, tylko nie pamiętam nazwy". Jest niezwykły dlatego, że jest jednym z nielicznych rodzajów sklepu, któremu w internetowych dyskusjach przypisano dodatkową funkcję społeczną. Ma nie tylko sprzedawać. Ma pełnić misję.

Klient bierze z półki karmę? Sprzedawca powinien zauważyć. Powinien zapytać, dla jakiego zwierzęcia. W jakim wieku. Zdrowe czy chore. Czym karmione wcześniej. Powinien przeczytać skład, omówić go, zaproponować alternatywę, wyjaśnić różnice, ostrzec przed błędami, a najlepiej jeszcze upewnić się, czy w domu przypadkiem nie stoi kula dla chomika albo klatka opisana przez producenta jako "XL", choć większy jest koszyk w markecie. Jeżeli tego nie zrobi, w internecie szybko może się dowiedzieć, że jest tylko "podawaczem towaru". To bardzo ciekawe określenie, bo "podawacz towaru" brzmi trochę jak ktoś, kto zawiódł społeczeństwo. Człowiek dostał dostęp do kasy fiskalnej, półki z karmą i wielkiej misji ratowania świata, a zamiast tego bezczelnie sprzedał klientowi rzecz, którą klient sam wybrał.

I właściwie nie byłoby w tym nic szczególnie dziwnego, gdyby podobnego standardu oczekiwano od całego handlu. Tylko że nie oczekujemy. Ten sam człowiek może wyjść ze sklepu zoologicznego, wrócić do domu, usiąść na kanapie i otworzyć duży sklep internetowy. Wpisze nazwę produktu, kliknie "dodaj do koszyka", zapłaci BLIK-iem i następnego dnia odbierze paczkę. Nikt nie zapyta, dla jakiego zwierzęcia jest karma. Nikt nie zainteresuje się jej składem. Nikt nie wie, czy królik, dla którego właśnie zamówiono kilogram kolorowych przysmaków, ma sześć miesięcy czy sześć lat. Nikt nie zatrzyma zamówienia i nie napisze: "Panie Krzysztofie, widzimy, co pan ma w koszyku. Czy możemy chwilę porozmawiać?". Jest za to informacja: "Do darmowej dostawy brakuje 17,43 zł".

I jakoś pod reklamami dużych sklepów internetowych nie pojawia się dramatyczne pytanie: "A GDZIE EDUKACJA?". Nikt nie oskarża algorytmu, że jest podawaczem towaru. Algorytm może co najwyżej zaproponować drugi worek karmy, trzy gryzaki i pakiet dwunastu saszetek, bo "inni klienci kupili również". Najwyraźniej misja kończy się tam, gdzie zaczyna się koszyk internetowy.

Podobnie jest w dużych sklepach sieciowych. Klient wchodzi, przechodzi między regałami, bierze z półki dokładnie to, czego chce, płaci i wychodzi. Czasem ktoś mu doradzi. Czasem dobrze, czasem źle, a czasem nikt nawet nie zapyta. I świat się od tego nie kończy. Nie powstaje wielka dyskusja, że skoro dana karma stoi na półce, to sklep ją rekomenduje, popiera i bierze odpowiedzialność za każdego psa czy kota, który ją zje. Dziwnym trafem obecność produktu na półce znacznie częściej staje się deklaracją moralną wtedy, kiedy półka należy do niewielkiego, lokalnego sklepu.

Żeby było jasne: dobry sklep zoologiczny powinien doradzać. Powinien wiedzieć, co sprzedaje, umieć powiedzieć, czym różnią się dwa produkty i być w stanie uczciwie powiedzieć klientowi: "Mamy to, ale jeśli pyta pan o nasze zdanie, sami wybralibyśmy coś innego". Powinien aktualizować wiedzę, nie wciskać droższego produktu tylko dlatego, że jest droższy i nie udawać eksperta tam, gdzie nim nie jest. Tylko istnieje ogromna różnica pomiędzy "mogę panu doradzić" a "nie pozwolę panu tego kupić". Pierwsze jest edukacją. Drugie jest decydowaniem za obcego dorosłego człowieka przy kasie.

Co ciekawe, w innych branżach rozumiemy tę różnicę bez najmniejszego problemu. W sklepie spożywczym możemy kupić parówki, które bardziej przypominają wspomnienie mięsa niż mięso. Nikt nie oczekuje, że pracownik działu mięsnego wyrwie nam je z ręki i rozpocznie wykład o składzie. Możemy dołożyć dwulitrowy słodki napój, paczkę chipsów i kilogram cukierków, a kasjer nie zawiesi transakcji, żeby przeprowadzić z nami interwencję żywieniową. W piekarni można kupić trzy drożdżówki i pani nie zamknie kasy, mówiąc: "Nie sprzedam. Widzę, co pan robi ze swoim życiem". W sklepie z elektroniką można kupić telefon za sześć tysięcy złotych tylko dlatego, że bardziej podoba nam się jego kolor. Sprzedawca może powiedzieć, że tańszy zrobi praktycznie to samo. Może nawet go polecić. Ale jeżeli odpowiemy: "Wiem. Chcę ten droższy", to go sprzedaje. Nie zostaje nazwany podawaczem smartfonów.

Najbardziej paradoksalne jest jednak to, kto ma za tę zoologiczną misję zapłacić. Mały sklep. To on ma zatrudnić człowieka, który coś wie. To on ma poświęcić piętnaście minut klientowi kupującemu produkt za kilkanaście złotych. To on ma czytać składy, śledzić nowości, szkolić się, odpowiadać na pytania, pozwalać oglądać, porównywać, przymierzać i tłumaczyć różnice. A potem klient mówi: "Dziękuję, bardzo mi pan pomógł", wyciąga telefon, robi zdjęcie opakowania i zamawia w internecie, bo tam jest osiem złotych taniej.

Nie ma w tym nic złego. Każdy liczy pieniądze. Internet często jest tańszy, bo działa w zupełnie innym modelu. Wielki magazyn wysyłający tysiące paczek dziennie ma inną strukturę kosztów niż sklep, który rano zapala światło, otwiera drzwi i przez cały dzień ma na miejscu człowieka zdolnego odpowiedzieć na pytanie: "Czy to się nadaje dla mojego psa?". Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy od jednego modelu chcemy brać wiedzę i obsługę, a w drugim zostawiać pieniądze, jednocześnie wymagając od tego pierwszego coraz więcej. Od lokalnego sklepu chcemy wiedzy specjalisty, ceny hurtowni internetowej, dostępności centrum logistycznego, obsługi prywatnego konsultanta, asortymentu dużej sieci i jeszcze misji fundacji edukacyjnej. Najlepiej do późnego wieczora, w sobotę też, a jeśli czegoś akurat nie ma - "słaby wybór".

Mały sklep zoologiczny może mieć misję. Nawet dobrze, jeśli ją ma. Dobrze jest wiedzieć, że ktoś dzięki rozmowie kupił lepszą karmę, sensowniejsze wyposażenie albo po prostu po raz pierwszy przeczytał skład produktu, który od lat wrzucał do koszyka bez zastanowienia. To jedna z fajniejszych części tej pracy. Tylko misja nie może oznaczać przeniesienia odpowiedzialności z właściciela zwierzęcia na sprzedawcę.

Bo w całej tej układance jest jeszcze klient. Dorosły człowiek, który ostatecznie wybiera karmę. To on podaje ją zwierzęciu. To on decyduje, czy posłucha lekarza, hodowcy, sprzedawcy, znajomego, grupy na Facebooku czy kogoś z internetu. Możemy mu pomóc, możemy doradzić, możemy powiedzieć, że sami wybralibyśmy inaczej, ale decyzja nadal należy do niego.

I dlatego słowo "podawacz" jest trochę niesprawiedliwe. Dobry sprzedawca rzeczywiście nie powinien być wyłącznie podawaczem towaru. Powinien znać produkty, potrafić doradzić, odpowiedzieć na pytanie i uczciwie powiedzieć, co sam uważa za lepszy wybór. Nie powinien jednak być strażnikiem koszyka.

Jest coś gorzko zabawnego w świecie, w którym mały sklep zoologiczny rozlicza się z każdej saszetki stojącej na regale, podczas gdy wielki sklep internetowy może mieć dziesięć tysięcy produktów - od świetnych po takie, których sami nigdy byśmy nie polecili - i wszystko jest w porządku. Kiedy robi to sieć, nazywa się to asortymentem. Kiedy robi to internet, nazywa się to wygodą. Kiedy robi to mały sklep, zaczyna się rozmowa o odpowiedzialności społecznej.

Być może więc problem nigdy nie dotyczył samej półki. Być może łatwiej wymagać misji od człowieka, którego widzimy po drugiej stronie lady. Można go zapytać, można go ocenić, można mu powiedzieć, że powinien był zrobić więcej. Algorytmowi trudniej. Paczkomatowi jeszcze trudniej.

Paczkomat nie zna składu karmy. Nie zna naszego zwierzęcia. Nie wie, czy dokonaliśmy dobrego wyboru. Nie doradzi, nie ostrzeże i nie zaproponuje alternatywy. Po prostu otworzy skrytkę.

I być może właśnie dlatego nikt nie oczekuje od niego misji.

Adres

Leszczynowa 22
Szczecin
70-766

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 09:00 - 20:00
Wtorek 09:00 - 20:00
Środa 09:00 - 20:00
Czwartek 09:00 - 20:00
Piątek 09:00 - 20:00
Sobota 09:00 - 20:00

Telefon

+48883901501

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Sklep zoologiczny - Zooklub - Vetopedia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij