27/05/2026
Kochani, jest nam bardzo przykro… Od wczoraj nie wiemy nawet, jak opisać to, co się wydarzyło.
We wrześniu 2025 roku nasza Korsa — owczarek podhalański — trafiła do adopcji do rodziny, która wydawała się idealna. Wszystko przebiegało wzorowo. Kilka wizyt w schronisku, spacery zapoznawcze, rozmowy, ankieta adopcyjna — pełne zaangażowanie i zapewnienia, że pies jest członkiem rodziny i oddanie go „bez względu na wszystko” nigdy nie wchodziłoby w grę.
Kiedy Korsa przeszła zabieg sterylizacji, który zbiegł się z terminem wyjazdu rodziny na wakacje, Pan nawet podczas urlopu szukał zasięgu, żeby zapytać, jak się czuje i jak zniosła zabieg. Po wcześniejszym umówieniu prosto z lotniska przyjechali po nią do schroniska. Wydawało nam się wtedy, że lepszego domu nie mogliśmy sobie dla niej wymarzyć.
Po adopcji dostawaliśmy zdjęcia — szczęśliwa Korsa ze swoim psim bratem, zadbana, uśmiechnięta. Wierzyliśmy, że to właśnie ten wymarzony dom. Dom na zawsze.
Wczoraj, 26.05.2026 roku, do schroniska przyjechała kobieta, która adoptowała Korsę. I oczywiście z psem. Z naszą Korsą… ale już nie tą samą, którą wydawaliśmy.
Korsa wróciła do nas zapchlona, brudna, niewyczesana, ze stanem zapalnym uszu. Podczas oddawania psa kobieta używała wobec niej wyzwisk, jakby to właśnie Korsa była winna całemu złu, które wydarzyło się w ich życiu. Powód oddania? Rozwód.
Rozwód. Tego nikt nie wpisał w ankiecie adopcyjnej. Nikt nie napisał: „jeśli nasze życie się zmieni, odwieziemy psa i porzucimy go jak rzecz”.
Usłyszeliśmy również, że Korsa ma lęk separacyjny. Przez wszystkie te miesiące nikt nie zgłosił się do nas po pomoc. A zawsze ją oferujemy.
Najbardziej boli jednak obraz, którego długo nie zapomnimy — Korsa po oddaniu, ze spuszczoną głową, cicho poszła z naszym pracownikiem z powrotem do schroniskowego kojca. Jakby wiedziała, że znów została sama.
Wiemy, że pewnie pojawią się komentarze, że mogliśmy lepiej sprawdzić dom, bardziej kontrolować, przewidzieć. Kochani — każdą adopcję traktujemy bardzo poważnie. Robimy wszystko, co w naszej mocy, aby nasze psy trafiały do odpowiedzialnych, kochających domów. Rozmowy, ankiety, spacery zapoznawcze, kontakt po adopcji — wkładamy w to całe serce i ogrom pracy. Niestety nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich życiowych sytuacji i zmian, które mogą wydarzyć się po czasie.
Nigdy jednak nie zostawiamy naszych adopcyjnych psów ani ich opiekunów bez pomocy. Zawsze powtarzamy, że jeśli wydarzy się coś trudnego, psy mają do nas wrócić lub wspólnie szukamy rozwiązania. Chcemy wiedzieć, co się z nimi dzieje, bo nie po to je ratujemy, leczymy, odbudowujemy i oddajemy im całe serce, żeby później odwrócić wzrok. Często są to psy po przejściach, lękliwe, wymagające ogromu pracy, cierpliwości i delikatności. Ich odbudowa trwa miesiącami. Dlatego każda taka sytuacja boli nas podwójnie.
Korsa jest już bezpieczna. Wykąpana,wyczesana,odpchlona i po wizycie u lekarza weterynarii. Powoli ponownie będzie rozglądała się za domem. Tym razem takim naprawdę na zawsze.
I bardzo prosimy — nie oceniajcie jej przez pryzmat tego, że wróciła. To nie ona zawiodła człowieka.