10/04/2026
Nawiązując do moich ostatnich relacji, które wzbudziły spore zainteresowanie, chciałabym podzielić się historią z początku mojej drogi z terapią czaszkowo-krzyżową. To doświadczenie często przywołuję podczas wizyt, bo doskonale pokazuje, jak bardzo możemy mylić „grzeczność” z zamrożeniem.
Pewnie wielu z Was zna taki przypadek. Koń uznawany za spokojnego, bezproblemowego. W rzeczywistości to często zwierzę z silnie rozregulowanym autonomicznym układem nerwowym, które doświadcza intensywnych emocji, ale nie potrafi ich wyrazić. Z zewnątrz wygląda idealnie. W środku żyje w napięciu, często w bólu. To niestety częsty obraz koni rekreacyjnych, a także sportowych. Ich bunt, będący naturalną odpowiedzią na dyskomfort czy cierpienie, bywa tłumiony siłą, sprzętem i oczekiwaniami. W końcu uczą się funkcjonować w odcięciu, w zamrożeniu.
Kilka lat temu trafiła do mnie właśnie taka klacz, pełnej krwi angielskiej, po torach wyścigowych.
Od dłuższego czasu żyła w jednym miejscu i była użytkowana rekreacyjnie. W opinii właścicielki bardzo się wyciszyła. Kiedyś była zupełnie inna. Trudna, ekspresyjna, potrafiła postawić na swoim. Zdarzało jej się doprowadzać do kontuzji. Budziła strach, ludzie nie chcieli z nią pracować.
Kiedy ją poznałam, była cieniem tamtego konia. Mimo życia w stadzie trzymała się na uboczu, najczęściej w towarzystwie starszej, schorowanej klaczy. Do jedzenia podchodziła ostatnia. Jej ciało nosiło ślady licznych ugryzień i kopniaków. Była chuda, żebra na wierzchu i słabo umięśniona. Nie powiedziałabym o niej, że jest zdrowa i że się dobrze czuje, jednak w obsłudze i pod siodłem była bezproblemowa. Stała dokładnie tam, gdzie ją postawiono. Bez ruchu. Bez reakcji. Jakby nie było jej w środku.
Podczas pierwszej sesji było podobnie.
Stała obok mnie ciałem, ale jej obecność była gdzieś bardzo daleko. Wzrok pusty, oddech niemal niewyczuwalny, ciało zamknięte. Zaczęłyśmy pracę. Przechodząc przez kolejne obszary, od kości krzyżowej, przez przeponę dna miednicy, przeponę oddechową, długo nie działo się nic. Aż dotarłyśmy do górnego otworu klatki piersiowej. I wtedy pojawiło się pierwsze życie. Delikatny puls pod palcami. Przeżuwanie. Z czasem coraz więcej reakcji, aż pojawiło się podgryzanie. Właścicielka była zaskoczona. A ja wiedziałam, że właśnie zaczynamy docierać do napięć, które były tłumione przez lata. To była długa i wymagająca sesja. Z ciała tej klaczy uwolniło się ogrom frustracji i napięcia.
Po wszystkim przyszło wyciszenie. Na tym zakończyłyśmy nasze spotkanie.
Kilka dni później dostałam wiadomość, że właścicielka rezygnuje ze współpracy, bo koń się „zepsuł”. Stała się „agresywna”. W rzeczywistości zaczęła bronić swojej przestrzeni i pokazywać ból.
Przestała być grzeczna. Pamiętam, że wtedy, będąc na początku swojej drogi, prawie w to uwierzyłam. Ale zadałam jedno pytanie. Czy ta „agresja” pojawia się wyłącznie w stosunku do ludzi? Odpowiedź brzmiała:
„Właśnie nie… zaczęła ustawiać inne konie.” I wtedy zrozumiałam. Ona się nie zepsuła. Ona odzyskała głos. Odzyskała kontakt ze sobą, swoją siłą i granicami. Znowu potrafiła powiedzieć „nie”. Iwłaśnie od tego często zaczyna się prawdziwe zdrowienie.