28/01/2026
Dobrostan to jedno z tych pojęć, które funkcjonują w debacie publicznej często, a rozumiane są rzadko. Każdy intuicyjnie „wie”, czym jest – do momentu, w którym trzeba go zdefiniować, zmierzyć albo obronić w sytuacji konfliktowej. Wtedy okazuje się, że pod tym samym słowem kryją się zupełnie różne znaczenia.
Dla jednych dobrostan to brak widocznego cierpienia. Dla innych – pełna miska i dobra kondycja fizyczna. Jeszcze inni utożsamiają go z intencjami opiekuna, jego zaangażowaniem albo historią zwierzęcia. Problem w tym, że dobrostan nie jest ani oceną człowieka, ani opisem jego motywacji. Jest kategorią naukową, odnoszącą się wyłącznie do zwierzęcia i tego, co ono realnie przeżywa.
I właśnie od tej definicji warto zacząć.
Przez lata koncepcja dobrostanu zwierząt ewoluowała. Kiedyś uważano, że decyduje o nim wyłącznie stan fizyczny.
„Poziom dobrostanu jest odzwierciedleniem stanu zwierzęcia wynikającego z podejmowanych przez nie prób radzenia sobie z otaczającym je środowiskiem” (Fraser i Broom, 1990).
„Sugeruję, że poziom dobrostanu zwierzęcia jest niski jedynie wówczas, gdy jego układ fizjologiczny jest zaburzony w stopniu uniemożliwiającym przetrwanie lub reprodukcję” (McGlone, 1993) – pozdrawiam pseudohodowle 😉
Oznaczało to tyle, że o ile maciora rodziła młode, a s**a żyjąca w klatce na fermie szczeniąt również rodziła, nie można było mówić o braku dobrostanu. Stereotypie u zwierząt w zoo uznawano za próby radzenia sobie ze środowiskiem, a więc dowód „w miarę zachowanego” dobrostanu. Tak samo do dziś funkcjonuje mie, że jak zwierzę nie jest chude to - nie ma mowy o naruszeniu dobrostanu... Absurd? Być może. Ale tak funkcjonowało to jeszcze w latach 90. Tak byli uczeni lekarze, którzy do dziś pracują w organach nadzoru, i do dziś wielu z nich na podstawie tych kryteriów ocenia dobrostan zwierząt.
Na początku lat 90., opracowano koncepcję, zgodnie z którą o dobrostanie możemy mówić dopiero wtedy, gdy zwierzę ma nie tylko dobry stan fizyczny, ale również psychiczny.
„Ani zdrowie, ani brak stresu, ani dobra kondycja nie są niezbędne ani wystarczające, aby stwierdzić, że poziom dobrostanu zwierzęcia jest wysoki. Dobrostan zależy od tego, co zwierzę czuje” (Duncan, 1993).
Potem doszła jeszcze konieczność zapewnienia realizacji naturalnych zachowań:
„Wysoki poziom dobrostanu zwierzęcia jest równoznaczny nie tylko z kontrolą bólu i cierpienia, ale obejmuje również realizację natury zwierzęcia, którą nazywam telosem” (Rollin, 1993).
Warto dodać, że wszystkie te definicje – choć powstały dekady temu – funkcjonują do dziś równolegle w praktyce administracyjnej. W zależności od tego, kto dokonuje oceny, dobrostan bywa rozumiany albo wąsko, biologicznie, albo szeroko, z uwzględnieniem psychiki i potrzeb gatunkowych, co prowadzi do skrajnie różnych decyzji wobec tych samych zwierząt.
Zacznijmy od prostego zadania z życia. Spróbujmy ocenić poziom dobrostanu dwóch zwierząt.
Pierwszy koń ma nieleczoną kulawiznę spowodowaną wbitym w kopyto gwoździem. Jest własnością pana Stasia, który żyje z renty, ma ciężko chorą żonę, a konia zaprzęga, by przywieźć dla niej opał.
Drugi koń ma identyczną, nieleczoną kulawiznę – również z powodu wbitego w kopyto gwoździa. Jest własnością pana Filipa, jeżdżącego najnowszą Teslą, kupiony został jako maskotka dla córki.
Jaki jest poziom dobrostanu obu koni? Taki sam czy różny? Czy jednego boli mniej, a drugiego bardziej – z powodu zasobności portfela i historii właściciela?
Nie.
Dla lekarza weterynarii, biegłego, zoopsychologa czy innego specjalisty oceniającego dobrostan okoliczności nie mają znaczenia. Liczą się wyłącznie skutki działania człowieka na zwierzę – z punktu widzenia zwierzęcia.
To klasyczny przykład błędu współczucia transferowanego na zwierzę – sytuacji, w której emocjonalna ocena człowieka zastępuje obiektywną ocenę cierpienia zwierzęcia.
Mamy tu do czynienia z różnicą w zachowaniach ludzi, a nie z różnicą w poziomie dobrostanu zwierząt. Można uznać, że właściciel drugiego konia odpowiada za spowodowanie „zbędnego cierpienia”. Ale to ocenia sąd, prokurator i społeczeństwo – nie specjalista od zwierząt. Naszą rolą jest ocena zwierzęcia, nie jego właściciela.
Sytuacja z życia. Organizacja prozwierzęca wchodzi do domu hodowcy. Panuje tam nieład, wręcz bałagan: pranie leży pod pralką, rasowe psy znacznie zniszczyły mieszkanie, woda w mopie skisła i śmierdzi, a zdrowe rasowe szczenięta radośnie skaczą, rozpryskując świeżą kupę po osobach prowadzących interwencję i po ścianach. Organizacja podejmuje natychmiastową decyzję o odbiorze zwierząt ze względu na rażące niechlujstwo i niewłaściwe warunki utrzymania.
Tego samego dnia odwiedzana jest inna działaczka, która ma pod opieką szczenięta z interwencji, cierpiące na biegunkę. Mieszka skromnie, dużo pomaga zwierzętom, więc nie ma czasu na sprzątanie – pranie również leży pod pralką, uratowane psy znacznie zniszczyły mieszkanie, woda w mopie skisła, a uratowane szczenięta radośnie rozpryskują biegunkową kupę po osobach prowadzących interwencję i po ścianach. Organizacja publikuje apel na Facebooku o pomoc dla koleżanki i nie odbiera zwierząt.
Bałagan, brud czy nieestetyczne warunki życia człowieka nie są równoznaczne z naruszeniem dobrostanu zwierząt – o ile ich potrzeby biologiczne, zdrowotne i behawioralne są realnie zaspokojone.
W obu przypadkach nie było podstaw do odebrania zwierząt – bez względu na pobudki, dla których ktoś miał te psy. Cel utrzymywania zwierząt i historia właściciela nie mają dla tych szczeniąt żadnego znaczenia. Dobrostan oceniamy przez pryzmat zwierzęcia.
Nauki o zwierzętach próbują ocenić, jaki wpływ na zwierzę mają czynniki fizjologiczne, behawioralne, zdrowotne i środowiskowe. Etyka zajmuje się moralnością działań człowieka – tym, jak traktujemy zwierzęta i jak powinniśmy je traktować. Prawo wynika z nauki i etyki, bo odzwierciedla przyjęte społecznie zasady.
Zajmując się ochroną zwierząt, trzeba jasno pamiętać, gdzie jest czyje miejsce. Mieszanie ocen naukowych z własnymi ocenami moralnymi, a co gorsza – prawnymi, skutkuje tym, że opinie są podważane, a sprawy o znęcanie nad zwierzętami umarzane lub kończą się niskimi wyrokami w zawieszeniu.
Problem staje się szczególnie widoczny, gdy odbiera się zwierzę osobie medialnej, a cierpienie zwierzęcia nie jest widoczne dla szerokiej publiczności. Takim przykładem była sprawa pumy Nubii. Dla specjalistów była ona jednoznaczna – dochodziło do naruszenia dobrostanu zwierzęcia. Ocena wynikała z jasnych i mierzalnych parametrów.
Medialność sprawy i emocje zbiorowe skutecznie zagłuszyły głos specjalistów, pokazując, jak łatwo obrazek i narracja mogą wypaczyć ocenę dobrostanu zwierzęcia.
Dobrostan zawsze ocenia się z punktu widzenia zwierzęcia, a do tego niezbędna jest wiedza o etogramie i potrzebach danego gatunku. Tymczasem liczna rzesza fanów kierowała się obrazkami, historią i… wpadła w pułapkę bambinizmu oraz antropomorfizacji. Puma mieszkała z człowiekiem, spała w łóżku, chodziła na spacery, nie głodowała – więc „nie było naruszenia dobrostanu”.
Tu dochodzimy do kolejnej kwestii: intencja człowieka nie ma znaczenia. To, czy ktoś krzywdzi zwierzę celowo czy nie, z punktu widzenia zwierzęcia nie ma żadnego znaczenia. Ono cierpi tak samo – czy na kanapie, czy w cyrkowej przyczepie.
Nie można też antropomorfizować zwierzęcia. Przy próbach ustalenia poziomu dobrostanu pomocne bywa postawienie się na miejscu zwierzęcia, ale wyłącznie jako punkt wyjścia. To podejście musi być skorygowane wiedzą o specyficznych potrzebach danego gatunku. Koncepcję tę nazywamy antropomorfizmem krytycznym.
Przykłady można mnożyć. Problem polega na tym, że zarówno inspektorom weterynaryjnym, jak i przedstawicielom organizacji prozwierzęcych często brakuje podstawowej wiedzy o tym, czym jest dobrostan zwierzęcia i co faktycznie podlega ocenie. Trudno też zaakceptować, że celowość działania czy intencje NIE mają znaczenia.
Brak wiedzy o tym, czym naprawdę jest dobrostan zwierząt, wyrządza im dziś więcej szkód niż zła wola. Bo intencje mogą być dobre – ale cierpienie zwierząt pozostaje niezmienne.