19/01/2026
„O cierpieniu ekskluzywnym i empatii wybiórczej”
O koniach? Tak, gdyż środowisko podobne do kynologicznego.
W Gazeta Krakowska wrócił wczoraj temat koni wożących turystów do Morskiego, a ja wracam ze swoją prowokacyjną publicystyką, pochylając się nad losem ich bogatszych krewnych z Warszawy.
„O cierpieniu ekskluzywnym i empatii wybiórczej”
W niedzielę 27 września 2015 r. na Torze Wyścigów Konnych na Służewcu odbywał się „Wyścig Hubala” oraz słynna „Wielka Warszawska”.
Na skutek wypadków w trakcie tych gonitw zginęły trzy konie.
Habana, Kora i Espadon. Wszystkie trzy jednego dnia. Na oczach tysięcy ludzi.
Habana złamała kark, Kora i Espadon połamały nogi i zostały natychmiast poddane eutanazji.
Słyszeliście o tym?
Albo o jakichś protestach środowisk pro-zwierzęcych na torze na Służewcu?
No właśnie. Ja też nie.
A przecież cierpienie koni wpisane jest systemowo w ten sport, rozrywkę, czy jakkolwiek to nazwać.
Gonitwa „Wielka Warszawska” to wielkie wydarzenie towarzyskie.
Elity wszelkiej maści lubią się wtedy pokazać na trybunach Toru Służewiec.
"Wielka Warszawska” ściąga tam panów w drogich garniturach oraz panie w pięknych toaletach i ciuchach z elitarnych butików.
Blichtr, splendor, ostentacyjna ekskluzywność i próżna demonstracja pozycji społecznej.
A a wszystko to z ogromnym cierpieniem zwierząt w tle.
Dodatkowo hazard i ogromne pieniądze.
I nikogo to nie razi.
Co innego te wstrętne, leniwe „Janusze i Grażyny” oraz bezduszni górale, którzy dla ich wygody męczą konie na drodze do Morskiego Oka.
Warszawskie bufony pieją z oburzenia regularnie, oglądając w TVN kolejne odcinki sagi o tym jak ciemny plebs męczy zwierzęta, brukając swoim okrucieństwem tatrzańskie sanktuarium przyrody.
Na Służewcu zaś jest bon ton, kultura, historia i tradycja.
Metafizyka i spotkanie z Najwyższym.
W całym internecie znalazłem tylko jedną wzmiankę o proteście na Służewcu – w 2022 roku jakaś kilkuosobowa grupa niezrzeszonych aktywistów wywiesiła transparent. I tyle.
Żadne większe media o tym zresztą nie wspomniały. Wzmiankę znalazłem jedynie na jakiejś niszowej stronce.
W mediach społecznościowych warszawskiej fundacji VIVA, która regularnie protestuje na drodze do Morskiego Oka i bryluje w mediach demonizując bukowiańskich fiakrów, znalazłem jeden krytyczny wpis na ten temat gonitw konnych: miał 70 lajków i 30 udostępnień, łącznie tysiąc wyświetleń.
Z kolei ich liczne teksty na temat rzekomej kaźni koni na drodze do Morskiego Oka zyskują milionowe zasięgi.
Aktywiści pokonują setki kilometrów z tej Warszawy, aby szarpać się i wyzywać z fiakrami, których już mi jest nawet trochę żal, bo stali się chyba najbardziej zaszczutą grupą zawodową w Polsce.
A przecież Służewiec mają zaraz pod nosem. To raptem parę kilometrów od siedziby Fundacji VIVA na warszawskiej Pradze. I tam jakoś nie udało im się dotąd dotrzeć, ściągając ze sobą medialną nagonkę. A mogliby przecież nawet codziennie robić tam zadymę w sezonie wyścigowym. Dziwne przeoczenie.
Wojnie z fiakrami towarzyszy dodatkowo nasycona pogardą medialna nagonka na turystów korzystających z transportu konnego w Tatrach. Bo wiecie, to jest plebejska atrakcja dla plebejskich dzieci. Dzieci reporterów i wydawców telewizyjnych mają własne konie, więc gardzą takimi atrakcjami.
I w nosie mają to, że istnieją też takie dzieci, które podczas wycieczki do Zakopanego pierwszy raz w życiu widzą konia na żywo – niech se do zoo pójdą.
Z kolei wyścigi konne na Służewcu to szlachetna, warta zachowania rozrywka dla wyższych sfer, więc tam jest wszystko OK i warto się tam pokazać przynajmniej raz do roku na „Wielkiej Warszawskiej”.
A jeśli akurat tego dnia koń złamie kark albo urwie mu nogę, to przecież wystarczy odwrócić głowę i nie patrzeć. To poświęcenie, które gotowi są znosić w imię wyższych racji.
Podhalańscy samorządowcy bezradnie wiją się pod pręgierzem, szukając mitycznego kompromisu, a fiakrów nie stać na wynajęcie agencji PR -owych, która mogłaby zrównoważyć narrację i skazani są na rolę czarnego luda. Bez prawa do apelacji.
O co w tym wszystkim zatem chodzi? Czy jest to zwykła bezrefleksyjna hipokryzja, czy może ma to jakieś drugie dno?
Czy i w tym wypadku chodzi o to, co zawsze?
Nie wiem.
Ale wiem za to, że plany wprowadzenia melexów na drodze do Morskiego Oka pojawiały się już w latach 90. – na długo przed tym jak góralskie konie zaczęły cierpieć medialnie.
A to daje trochę do myślenia. Nawet spiskowego.
Tekst: Maciej Tokarz