28/06/2026
Minęło już kilka lat od naszego ostatniego wpisu. Nie przypuszczaliśmy, że jeśli jeszcze kiedyś tu wrócimy, to właśnie z takiego powodu...
Przez wiele lat prowadziliśmy dom tymczasowy dla (głównie) psów. Przez nasz dom przewinęło się blisko 200 zwierząt, którym wspólnie z Wami pomagaliśmy i znajdowaliśmy nowe domy. Z czasem dwa nasze tymczasy zostały z nami na stałe, a mając już trzy własne psy, w tym jednego bardzo wymagającego i przewlekle chorego, zwyczajnie nie byliśmy już w stanie prowadzić domu tymczasowego tak, jak uważaliśmy, że powinniśmy.
Joe trafił do nas jako niespełna półroczny szczeniak ze złamaną żuchwą po kopnięciu przez człowieka. Po operacji i rekonwalescencji miał znaleźć nowy dom, ale... zakochaliśmy się w sobie nawzajem i Joe został z nami już na zawsze.
To przesłodki, pozytywny przytulas. Jest wiecznie uśmiechnięty i przekonany, że jest malutkim pieskiem i bez problemu zmieści się każdemu na kolankach. Mentalnie ciągle jest szczeniakiem, chociaż to już dorosły pies. Kocha skakać, biegać, bawić się z innymi psami i cieszyć się dosłownie ze wszystkiego. (no chyba, że jakiś piesek na spacerze mu się nie spodoba, to potrafi pokazać nieco inne oblicze :P)
Niestety w ciągu ostatnich tygodni jego (i nasze) życie drastycznie się zmieniło.
Joe biegał z innymi psami, gdy nagle zapiszczał i się zatrzymał. Po chwili jednak wstał i jak gdyby nic się nie stało poszedł dalej. Nie utykał, nie sprawiał wrażenia, jakby coś poważnego mu dolegało. Wrócił do domu i poszedł spać. Dopiero po krótkiej drzemce zaczął poruszać się bardziej niezbornie. Już następnego ranka był u weterynarza, gdzie wykonano badania, zdjęcia RTG i wdrożono leczenie przeciwbólowe. Zdjęcia pokazały, że stan jego kręgosłupa nie jest najlepszy jak na tak młodego psa, ale oczywiście nie pokazał dokładnej przyczyny problemu. Wstępnie podejrzewano dyskopatię. Chociaż wtedy nic nie wskazywało na to, że wszystko tak dramatycznie się potoczy, od razu umówiliśmy rezonans magnetyczny oraz konsultację u specjalisty zajmującego się chorobami kręgosłupa.
Byliśmy przekonani, że rezonans pokaże przyczynę problemu i pozwoli szybko podjąć decyzję o operacji. Niestety badanie nie dawało jednoznacznej odpowiedzi. Konsultowaliśmy je z wieloma lekarzami weterynarii i radiologami, jednak wszyscy byli zgodni - obraz nie tłumaczył tak ciężkiego stanu Joego.
Tymczasem Joe czuł się coraz gorzej...
Przestał chodzić, stracił czucie głębokie w tylnych łapach i przestał samodzielnie oddawać mocz.
Po otrzymaniu oficjalnego opisu rezonansu nadal nie mieliśmy odpowiedzi. Zmiany widoczne w badaniu były zbyt małe, żeby tłumaczyć tak dramatyczne objawy i były zlokalizowane w miejscu, które nie mogło odpowiadać za tak zły stan…
Lekarz nie miał wątpliwości, że gdzieś musi znajdować się poważny ucisk rdzenia kręgowy, którego po prostu nie widać w wykonanym badaniu. Zalecił pilne powtórzenie MRI w Warszawie na lepszym sprzęcie.
Usłyszeliśmy wówczas także, że pogarszające się objawy Joego (był bardzo niespokojny, ciągle płakał) mogą wskazywać na rozwijającą się mielomalację - śmiertelne powikłanie długiego ucisku na rdzeń kręgowego. Jeśli mielomalacja zaczyna się rozwijać, nie da się jej zatrzymać - to, że zabije psa, jest wtedy pewne... Byliśmy zdruzgotani i przerażeni, że Joe nie przeżyje... Patrzyliśmy na niego i drżeliśmy ze strachu, że to nasze ostatnie wspólne chwile...
Przestaliśmy zastanawiać się, czy Joe będzie jeszcze kiedyś chodził. Zaczęliśmy walczyć o to, żeby w ogóle przeżył. Liczyła się każda godzina.
Najbliższy termin rezonansu w Warszawie był dopiero następnego dnia. Na szczęście dzięki pomocy wielu cudownych osób udało nam się praktycznie od ręki dostać na konsultację do Pani neurolog w klinice, w której w razie potrzeby można było od razu wykonać rezonans i przeprowadzić operację. Rzuciliśmy więc wszystko i popędziliśmy do Warszawy.
Na podstawie wywiadu i informacji dosłownie wyłuskanych z pierwszego rezonansu najbardziej prawdopodobną diagnozą był Hansen III, czyli ciężkie uszkodzenie rdzenia bez ucisku. Przy takim rozpoznaniu Joe nie miał już praktycznie żadnych szans na odzyskanie czucia ani powrót do normalnego chodzenia.
Wszystko wskazywało właśnie na to. Powtórzenie rezonansu teoretycznie nie było więc konieczne. Problem polegał jednak na tym, że wstępna diagnoza opierała się na badaniu MRI, którego jakość od początku budziła duże wątpliwości wszystkich lekarzy, którzy je widzieli.
Wiedzieliśmy, że nie wybaczylibyśmy sobie, gdybyśmy cokolwiek przeoczyli. Jeżeli istniała choćby najmniejsza szansa albo ryzyko, że przyczyną jest jednak coś, co można zoperować, musieliśmy zrobić dla Joego absolutnie wszystko. Pani doktor zgodziła się z nami i również uznała, że dla świętego spokoju powtórzyłaby rezonans.
Joe został na noc w klinice. Byliśmy praktycznie pewni, że następnego dnia po prostu odbierzemy go z potwierdzoną diagnozą. Zaczęliśmy już czytać o życiu z psem na wózku i rozglądać się za wózkami dla niepełnosprawnych psów.
W nocy zadzwonił telefon.
To nie był Hansen III.
Drugi rezonans wykazał rozległy krwiak uciskający rdzeń kręgowy na kilku poziomach. Była możliwość operacji, jednak rokowania były bardzo ostrożne. Szanse na odzyskanie czucia i normalnego chodzenia były znikome, a operacja nie dawała pewności, że uda się uniknąć mielomalacji- mogła jedynie zmniejszyć ryzyko.
Dla nas decyzja była oczywista. Bez chwili wahania zgodziliśmy się na operację, nie pytając nawet o koszty - w tamtym momencie chcieliśmy tylko, żeby Joe przeżył…
Operacja trwała do trzeciej nad ranem. Rdzeń Joego wyglądał… źle, a ryzyko rozwoju mielomalacji nadal istniało.
Kolejnego dnia odebraliśmy go ze szpitala, gdzie nauczono nas samodzielnie sprawdzać odruchy rdzeniowe aby upewniać się, że nie rozwija się mielomalacja. Baliśmy się tego strasznie, bo wiedzieliśmy, że jeśli zaczną zanikać, będzie to oznaczało najgorsze.
Na szczęście stało się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Kolejnego dnia odruchy nie tylko nie zanikały - zaczęły powoli wracać. Podczas wizyty kontrolnej następnego dnia Pani doktor potwierdziła nasze obserwacje. Po raz pierwszy od wielu dni usłyszeliśmy, że Joe ma jakąkolwiek szansę.
Niestety nadal nie mogliśmy wykluczyć całkiem mielomalacji, dlatego przez kolejne dwa tygodnie wciąż w stresie sprawdzaliśmy odruchy. A one tylko stopniowo wracały!
Od tego momentu wszystko zależy od rehabilitacji.
Co drugi dzień jeździmy na rehabilitację stacjonarną - bieżnię wodną, a do niedawna też magnetoterapię i laseroterapię. Do tego dochodzą codzienne (4-5 razy dziennie) ćwiczenia w domu - wykonujemy m.in ruchy bierne, pionizację, masaże, elektroterapię,ćwiczenia odruchów. Rehabilitacja stała się po prostu naszą codziennością.
Porażenie sprawiło również, że Joe sam nie oddaje moczu i nie kontroluje oddawania kału. Największym problemem jest pęcherz - przez wzmożone napięcie zwieracza nie można opróżnić pęcherza mechanicznie, dlatego musimy cewnikować Joego 2-3 razy dziennie.
Jeden (jednorazowy) psi cewnik kosztuje około 15 zł… Mamy nadzieję, że dzięki wdrożonemu leczeniu uda się wrócić do mechanicznego opróżniania pęcherza, ale dziś jeszcze nie wiemy, czy będzie to możliwe.
Szanse na odzyskanie pełnego czucia, kontroli nad oddawaniem moczu i kału i normalnego chodzenia nadal są bardzo małe. Lekarze od początku mówili nam o zaledwie kilku procentach. Ale to wciąż jakaś szansa i dopóki ona istnieje, będziemy o nią walczyć. Najbliższe miesiące będą kluczowe.
Dużo większe są szanse na wypracowanie tzw. chodu rdzeniowego. To odruchowy sposób poruszania się, który może wykształcić się mimo braku czucia głębokiego. Taki pies nie odzyskuje pełnej sprawności neurologicznej, ale może samodzielnie chodzić i cieszyć się życiem. To właśnie dlatego rehabilitacja jest teraz tak ważna - chód można wypracować tylko dzięki intensywnej rehabilitacji.
Oczywiście w pierwszej kolejności walczymy o powrót czucia, ale jeśli to się nie uda zrobimy wszystko aby Joe miał jak najbardziej komfortowe życie.
A on ciągle udowadnia nam, że jest niezwykle walecznym pieskiem. Ciągle pozytywnie nas zaskakuje. Każdy, kto go zna, wierzy, że będzie jeszcze kiedyś chodził. Prawa łapka już teraz pracuje wyraźnie lepiej podczas rehabilitacji i Joe sam nią delikatnie rusza, a my prawie każdego dnia widzimy też inne, drobne postępy. Czasem mamy wrażenie, że pojawia się jakiś drobny przebłysk czucia… On cały czas próbuje się podnosić. Walczy jak szalony.
Dopóki istnieje szansa, my też będziemy walczyć.
Najważniejsze jest to, że Joe w ogóle się nie poddaje. Nadal najbardziej cieszy się kiedy może wyjść na spacer (na uprzęży), zaczepia swoich psich braci do zabawy i próbuje biegać i skakać jakby nic się nie stało 🥹 Ciągle zapomina, że tylne łapy (jeszcze!!) nie chcą go słuchać, próbuje wchodzić na łóżko i kanapę, czy sam schodzić ze schodów…
Opieka nad Joe jest bardzo wymagająca i pochłania ogromne ilości czasu. Ostatnie tygodnie były dla nas ogromnym wyzwaniem - fizycznym, psychicznym i finansowym.
Teraz praktycznie całe nasze dni podporządkowane są Joe. Ostatnie tygodnie to głównie rehabilitacja, ćwiczenia, cewnikowanie, wizyty lekarskie… Staramy się pogodzić to z pracą, opieką nad naszymi pozostałymi psami i innymi obowiązkami ale bywa naprawdę trudno.
Do tej pory wydaliśmy już ponad 20 tysięcy złotych. Największą część tej kwoty pochłonęły diagnostyka, dwa rezonanse, operacja, hospitalizacja, konsultacje oraz pierwsze tygodnie rehabilitacji. Do tego doszły leki, badania, uprzęże rehabilitacyjne, legowiska ortopedyczne, cewniki i wiele innych rzeczy, bez których Joe nie mógłby dziś funkcjonować. Większość paragonów z klinik dołączamy do zbiórki.
To jednak dopiero początek.
Obecnie miesięczne utrzymanie Joego to ponad 2 tysiące złotych. Rehabilitacja to prawie 1500 zł miesięcznie. Do tego dochodzą leki, środki higieniczne, badania moczu, wizyty kontrolne i wiele innych wydatków. Jeśli nadal będziemy musieli korzystać z cewników, koszty wzrosną o kolejne minimum kilkaset a nawet ponad tysiąc złotych miesięcznie.
Nie wiemy, jak długo potrwa rehabilitacja. Na pewno dobrych kilka miesięcy, a być może kilka lat. Nie wiemy, jak długo będziemy musieli cewnikować Joe - w najgorszym przypadku całe życie (ale wierzymy, że tak nie będzie).
Nie chcieliśmy zakładać tej zbiórki. Przez lata prosiliśmy Was o pomoc dla zwierząt, które trafiały pod naszą opiekę, ale o nasze własne psy zawsze staraliśmy się zadbać sami.
Ale po prostu przestajemy dawać radę.
Żeby zapewnić Joemu odpowiednią opiekę i rehabilitację, musieliśmy ograniczyć pracę zawodową właśnie w momencie, gdy wydatki gwałtownie wzrosły.
Nie wiedzieliśmy, jaką kwotę ustawić jako cel zbiórki. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ile potrwa leczenie ani jakie koszty przyniosą kolejne miesiące. Kiedy Joe był operowany i zastanawialiśmy się, ile nas to wszystko będzie ostatecznie kosztować, pół żartem- pół serio powiedzieliśmy, że pewnie skończy się na 40 tysiącach. Wtedy wydawało się to kompletnie absurdalne. Dziś ta perspektywa niestety przestaje być aż tak nierealna…
Dlatego zdecydowaliśmy się ustawić cel zbiórki na 20 tysięcy złotych - czyli kwotę, którą już zdecydowanie wydaliśmy na leczenie Joego. To oczywiście nie będą wszystkie koszty, ale jeśli uda nam się zebrać tę kwotę, będzie nam dużo łatwiej zapewnić Joemu dalszą rehabilitację i absolutnie wszystko, czego będzie potrzebował w przyszłości.
Jeśli zechcecie pomóc nam zawalczyć o to, żeby Joe mógł jeszcze kiedyś samodzielnie spacerować, wskoczyć na kanapę albo nawet spróbować ukraść bułkę z kuchennego blatu, będziemy Wam ogromnie wdzięczni.
Tak naprawdę każda wpłata będzie dla nas i dla Joego ogromnym wsparciem. ❤️
Dziękujemy za każdą wpłatę, każde udostępnienie i każdą wiarę w to, że Joe będzie jeszcze chodził.
Kamila i Michał
Z Joe, Ptysiem i Gryzakiem
https://zrzutka.pl/joe