20/02/2026
Nie rozpieszczam Was postami ani relacjami, moi drodzy fani i obserwatorzy — oj, nie.
Uderzam się w pierś, skrucha i szlachetne postanowienia poprawy nic tu nie zmienią.
W ostatnich miesiącach działo się tak wiele, tak intensywnie, że nawet nie znalazłam chwili, by dzielić się z wami tym, co dla hodowli naprawdę ważne.
Wystaw było mnóstwo, szczególnie tych zagranicznych, ale szczerze? Pisanie o nich znudziło mnie nieco. Same relacje z wygranych ringów niewiele znaczą w porównaniu z tym, co jest dla mnie absolutnym sensem posiadania psów.
A tym sensem jest relacja z moimi psami.
Postanowiłam więc pisać do was inaczej. Bo dla mnie pies — każdy pies — to przede wszystkim przyjaciel i towarzysz: na dobre, na trudne, na wszystkie dni, które przynosi życie. Chciałabym opowiadać wam o nich właśnie w taki sposób. Odczarować te wszystkie mroczne, napompowane narracje o „psach trudnych”, „dla wybranych”, „zbyt wymagających”. Pokazać, co naprawdę można z nimi przeżyć, jeśli damy im siebie w całości – tak w całości i bez reszty, Jeśli naszym celem będzie posiadanie przyjaciela, a nie lekarstwa na kompleksy czy narzędzia do budowania fikcyjnego świata. Nie znaczy to, że nie będę pisała o wystawach i sukcesach w ogóle, to także ważny aspekt, ale wracam do tego, co dla mnie, pioniera tej rasy w Polsce było najważniejsze na samym początku – pokazywania tych wspaniałych psów takich takimi jakie one są z całym swoim potencjałem
Ten post będzie więc o moim ukochanym psie. Najbardziej osobisty ze wszystkich, jakie kiedykolwiek napisałam — wręcz intymny. Długo się wahałam, czy go opublikować. Nie każdego poruszy opowieść balansująca na granicy tego, co realne i tego, co toczy się w innym, nieznanym nam wymiarze. A to jest historia o miłości, która sięga „poza” i „ponad”, o wypadkach nad horyzontem zdarzeń, o więzi, która nie mieści się w zwykłych słowach.
Gotowi?
Zapnijcie pasy — bo przed wami jazda absolutnie bez trzymanki.
Laila — Dziewczyna Szamana
fragment rozdziału „Gawędy o łajkach jakuckich” z książki „Sakha Yta. 365 dni z łajką jakucką” (strona 276 all rights rererved)
Ośmiomiesięczna Laila przybyła do nas jako trzecia łajka. Trafiła do Diamentu Jakucji w czasie, który w naszym życiu okazał się jednym z najtrudniejszych.
Jej pojawienie się w naszej rodzinie zbiegło się bowiem z odchodzeniem Mamy mojego męża. Trudno nawet opisać emocje, które wtedy nami targały — od nadziei do rozpaczy, od walki do zwątpienia - a jednocześnie trzeba było natychmiast zająć się psem. Bo Laila była dzika. Zupełnie. Z bagażem fatalnych doświadczeń, w tym związanych z przemocą o czym wówczas nie mieliśmy pojęcia. Poziom socjalizacji: bliski zeru. Umiejętności: żadnych. Nie potrafiła nawet chodzić na smyczy. W środku nocy wychodziła na stół i z rozpędu wskakiwała do naszego łóżka.
A mimo to w jej spojrzeniu od pierwszej chwili było coś, co dawało nam nadzieję na jej normalność — ogromna, paląca potrzeba bliskości. To właśnie ona okazała się najprostszą drogą do dotarcia do niej. Przebywałyśmy razem właściwie bez przerwy. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. W kuchni, pod prysznicem, w sklepie, w pracy, nad jeziorem.
Pamiętam dzień, gdy w nowym, pachnącym jeszcze salonem samochodzie, uwalona błotem Layla przedarła się z tyłu i rozsiadła z dumą na przednim fotelu. Odpuściłam, a chwilę później zatrzymała nas policja. Panowie tylko zapytali, czy wiem, jakie są zasady przewożenia psa, a ja — z rozbrajającą szczerością — opowiedziałam im, z czym się mierzę. Popatrzyli na Laylę, która zaprezentowała im pełny garnitur uzębienia, popatrzyli na mnie… i kazali nam jechać dalej. Jeden z nich odszukał mnie później a syn Layli jest z nim do dziś,
I tak przez trzy najtrudniejsze tygodnie mojego życia Laila była przy mnie nieustannie — w dzień i w nocy. Jak cień. Jak… ktoś, kto wie więcej. Wiedziała, że otarłam się prawie o szaleństwo i że rozwalając wszystkie schematy mojego życia, może pomóc mi przejść ciążką drogę odprowadzania bliskiej mi osoby na drugą stronę.
I właśnie czerwcowego późnego wieczoru zaczyna się historia, którą chcę wam dziś opowiedzieć.
Wracałam z Lailą z treningu posłuszeństwa. Choć byłam już tego dnia u Mamy w szpitalu, nagle poczułam, że powinnam pojechać jeszcze raz. Nie planowałam tego. Wskazówka zegara zbliżała się do 22:00, a ja stanęłam przed dylematem: co zrobić z psem?
Było gorąco, nie chciałam zostawiać jej w samochodzie, a przed szpitalem — choć to miejsce kameralne — nie odważyłabym się tego zrobić, bo „odpały” były na porządku całodobowym
I wtedy ze szpitala wyszła Kasia, moja serdeczna koleżanka - lekarka opiekująca się Mamą i w sekundę rozwiązała problem
– Idź na górę — powiedziała. — Nikogo już nie ma.
Weszłam więc na oddział paliatywny. Layla szła ze mną.
I właśnie tam stało się coś, czego nie zapomnę do końca życia.
Ta sama Laila, która do tej pory poruszała się chaotycznie na boki lub w szaleńczych podskokach, nagle bardzo delikatnie, prawie skradając się weszła po schodach i rozejrzała rozumnie jakby nagle pojęła, że przekracza próg innego świata. Węszyła z rozwagą, a od jej ciała zaczęła bić jakaś niezwykła, miękka energia.
W pokoju Mamy stanęła przy łóżku, uniosła się na tylnych łapach i… po prostu przytuliła się do niej całym swoim ciałem. Położyła pysk na jej ramieniu i trwała tak kilkanaście minut. Nieruchoma. Spokojna. Cicha.
Patrzyłam jak zaczarowana. Nigdy wcześniej nie widziałam Laili w bezruchu. Nigdy. A w tej chwili była jak posłaniec — łącznik pomiędzy światami. Moje serce zrobiło zdjęcia a wzruszający obraz pozostanie na zawsze w mojej pamięci.
Tej nocy Mama odeszła.
Laila oswajała świat szybko. Chłonęła go całym sobą, uczyła się posłuszeństwa, pracy, handlingu. Siedem tygodni później zdobyła swój pierwszy tytuł — Młodzieżowego Championa Chorwacji. Potem przyszły kolejne wyjazdy, wakacje, wystawy, długie weekendy. Objechałyśmy razem całą Europę, Layla błyszczała jak gwiazda. Była w tamtym czasie jedną z najbardziej rozpoznawalnych łajek. Wydała na świat zjawiskowe potomstwo, a w domu była nazywana Matką Królów.
I choć nie mam zwyczaju wyróżniania któregokolwiek z psów, a każdy jest dla mnie tak samo ważny, to muszę przyznać — ona stała się wyjątkowa.
Delikatniejsza. Wrażliwsza. A przede wszystkim: od serca.
Zawsze wolała być z nami niż z resztą psiego stada. Nawet zapowiadając się na świetną liderkę zaprzęgu, każdą możliwość treningu chętniej zamieniała na obecność u naszego boku. Wyróżniało ją także coś innego, Zdarzało mi się przyłapać ją na tym, jak nagle, ni stąd ni z owąd patrzyła nieruchomo, gdzieś obok mnie, w pustą przestrzeń, jakby widziała coś, czego ja nie byłam w stanie dostrzec. Jej spojrzenie było tak przenikliwe i skupione, że czasem odwracałam głowę, bo miałam wrażenie… że ktoś za mną stoi.
Upłynęło kilka lat
Przyszła jesień. Mglista, ciężka, na dworze siąpiło, wiało. Jeden z tych wieczorów, tuż przed Zaduszkami, kiedy wycie wiatru odgłos padającego deszczu sprawiają, że czujesz się jakoś niewyraźnie.
Siedziałam w fotelu z książką. W domu absolutna cisza, Psy spały spokojnie obok.
Kątem oka zauważyłam, jak nagle tylko Layla podniosła głowę i spojrzała na schody tym swoim magnetycznym świdrującym spojrzeniem, praktycznie wbiła wzrok w schody tak intensywnie, że aż zamarłam. Żaden inny pies nie zareagował, żaden nie otworzył nawet oczu. Zamarłam a ona wstała, podeszła do schodów, usiadła naprzeciwko nich…
I zrobiła coś, co wywołało ciarki na całym moim ciele.
Podniosła przednie łapy, oparła je o stopień.
I zaczęła merdać ogonem — powoli, miękko, później coraz szybkiej, tak jak wita się kogoś, kogo się dobrze zna i kocha. Nie wiem, ile to trwało, później przemierzyła wzrokiem schody, tak, jakby odprowadzała kogoś wzrokiem na górę. Oglądając się kilkukrotnie wróciła na swoje miejsce i zasnęła.
Jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Zawsze miałam wrażenie, że Laila widzi więcej. Że czuje więcej.
Że jest bliżej czegoś, do czego my, ludzie, rzadko mamy dostęp. Zawsze była przy mnie w trudnych chwilach i potrafiła zaczarować rzeczywistość.
Prawdziwa Dziewczyna Szamana.
A Kogo widziała, kto odwiedził nas w ten listopadowy wieczór, tego się nie dowiemy, swoją tajemnicę zabrała za tęczowy most.
PS. Dziękuję Ci Przyjacielu, za „wyczyszczenie” tego zdjęcia i usunięcia z niego tego, czego nie chciałam pokazywać. Bez zmiany realiów, jest prawie identyczne z tym, które wykonało i utrwaliło na zawsze moje serce.