01/05/2026
Bigos, Śliwka i Mini - zanim na przełomie roku trafiły do KociŁapkowego domu tymczasowego ich życie wisiało na włosku.
Panujące wówczas mrozy były śmiertelnym zagrożeniem dla takich maluchów. Do tego, jak to zwykle bywa u kotów wolnożyjących, były silnie zarobaczone. Długo walczyliśmy z pasożytami, później doszło ropne zapalenie oczu. Pojawił się też problem ze znalezieniem opieki, bo mało kto decyduje się na przyjęcie pod dach kotów z biegunką.
Krok po kroku udało się jednak wszystko wyleczyć. Po ciężkich przeżyciach w końcu wyszliśmy na prostą.
Bigos od pierwszego dnia w domu tymczasowym miał zarezerwowany dom stały. Byłam w stałym kontakcie z przyszłą opiekunką, która poprosiła o wykonanie testów płytkowych FIV/FeLV. U kotów poniżej 6. miesiąca życia, zwłaszcza z osłabioną odpornością, takie testy bywają niemiarodajne – mogą dawać wyniki fałszywie dodatnie lub ujemne. Zaproponowałam dokładniejsze badanie metodą PCR, ale przyszła opiekunka nie skorzystała z tej opcji.
Bigos pojechał do nowego domu. Po zaledwie godzinie odebrałam telefon: nowa właścicielka zrobiła mu test płytkowy, wynik wyszedł dodatni. Usłyszałam, że kot siedzi osowiały, bardzo się boi i nie chce jeść, więc... mam go jak najszybciej zabrać. Przesłodki kociak w jedną chwilę stał się „trędowaty”. Miał natychmiast zniknąć.
Znalezienie domu tymczasowego dla kota FeLV+ graniczy z cudem, ale udało się. Bigos wrócił pod KociŁapkową opiekę, odizolowany od rodzeństwa. Mimo ogromnych kosztów, jakie pochłonęło wcześniejsze leczenie, musieliśmy zrobić badania PCR całej trójce.
Wyniki były zaskakujące: u Bigosa wynik dodatni, u Śliwki i Mini – ujemny. Kilka tygodni później wykastrowaliśmy mamę maluchów – ona również była ujemna. Jak to możliwe, że w jednej kociej rodzinie, wylizującej się wzajemnie, dzielącej miski i kuwety, tylko jeden maluch ma wirusa? W moim doświadczeniu w opiece nad kotami, to kolejny taki przypadek, który wymyka się podręcznikowym regułom.
Koty z ulicy nie prosiły się na ten świat. Od urodzenia znały tylko zimno, głód i ból. Czy za to „nieodpowiednie pochodzenie” mają płacić odrzuceniem? Obiecałam sobie, że znajdę im domy, w których nikt nie spojrzy na nie jak na wybrakowane.
W ogłoszeniu adopcyjnym Bigosa wyraźnie pisałam o dodatnim wyniku FeLV. Telefon dzwonił non stop, ale nikt nie czytał treści – ludzie patrzyli tylko na śliczne zdjęcia malutkiego rudaska. Gdy tylko w rozmowie pytałam o kwestię pozytywnego wyniku FeLV Bigosa, wszyscy rezygnowali. Mimo moich tłumaczeń na czym polega nosicielstwo FeLV nikt nie chciał dać mu szansy, nikt nie chciał takiego "uszkodzonego" kota. Aż do momentu, gdy zadzwoniła Ania.
Ania, chciała dać Bigosowi dom. Jej nie przeszkadzało potencjalne nosicielstwo wirusa FeLV. Bigos od prawie dwóch miesięcy mieszka w cudownym domu stałym, otoczony troską i miłością. Z postem poadopcyjnym czekałam, aż Ania po ukończeniu 6 miesiąca życia Bigosa powtórzy wyniki, żeby sprawdzić, czy wynik jest prawdziwy.
Wiadomość od Ani:
"Jeszcze nie robiłam ponownych badań, na tę chwilę nie ma to dla mnie znaczenia. Bigos jest zdrowy, nic mu nie dolega. Kiedyś je powtórzę, żeby wiedzieć, jak reagować w razie choroby, ale i tak go nie mam zamiaru wypuszczać na dwór, więc ryzyko jest minimalne."
"Bigos ma się dobrze, jest już po kastracji, zabieg zniósł świetnie. Waży 3 kg więc będzie dużym przystojniakiem 😻"
"Bigos ma dwa oblicza - skoczek pełen energii i chętny do zabawy, a później przytulasy buziaczki i zasypia przy nas. W nocy przychodzi i śpi z nami w łóżku. Jak wracam z pracy to on jest pierwszy, wita się i nadstawia pyszczek żeby dać mu buzi 🥰".
"Dzięki Bigosowi sunia seniorka odzyskała energię i chęć do zabawy… nie wiedziałam, że psa i kota może połączyć taka więź."
Bigos dzięki Ani ma cudowną rodzinę, której jest pełnowartościowym członkiem 💕 Dla nich nie ma znaczenia czy jest nosicielem wirusa, czy nie, kochają go i troszczą się o niego. Każdy może mieć jakieś choroby nabyte lub wrodzone, ale czy to jest powód żeby go odrzucić, wyeliminować ze społeczeństwa?