12/05/2026
Są momenty, kiedy człowiek nie wie, czy bardziej chce płakać, śmiać się czy po prostu usiąść w ciszy i spróbować uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
Po kilku tygodniach leczenia, którego przyznam szczerze — mam już momentami serdecznie dość… wreszcie usłyszałam, że jest progres.
1.5 roku prawie od dilo. Prawie 3 od pierwszych objawów.
I pierwszy raz od dawna pojawiły się słowa, których chyba najbardziej mi brakowało:
jeśli kolejne sześć tygodni pójdzie tak dobrze jak te, istnieje szansa, że będę mogła wrócić do pracy.
Nie umiem wam chyba wytłumaczyć, co znaczy dla mnie sama myśl o tym, że może już niedługo…
Szkolenie psów.
Bycie na placu.
Codzienność wokół tego świata.
Dbanie o to wszystko, co stworzyłam.
Polubiłam swoją pracę graficzną i bardzo dużo mi dała w czasie, kiedy zdrowie wywróciło wszystko do góry nogami. Ale nie umiałam wygasić w sobie bycia trenerem. To wracało do mnie po nocach. Śniło mi się. Brakowało mi tego bardziej, niż potrafię opisać. To dwadzieścia lat życia. Minęły 22 lata od mojego pierwszego startu w zawodach z psami. Nie znam innego życia niż w futrze!
Tak bardzo bałam się, że to wszystko stracę.
A teraz? Pierwszy raz od dawna naprawdę czuję siłę i nadzieję.
Wiecie, ile razy w tym czasie myślałam o tym, co będzie, jeśli się nie uda?
To było straszne.
Chyba mało kto wie, jak ciężko przez ostatnie półtora roku było trzymać fason, kiedy świat momentami naprawdę się rozjeżdżał, a siły po prostu brakowało.
W ostatnim czasie pożegnałam też zbyt wielu znajomych walczących z nowotworami. I chyba gdzieś po drodze zaczęłam tracić nadzieję, że jeszcze można usłyszeć dobre wiadomości.
Dlatego dziś po raz pierwszy od dawna naprawdę poczułam, że gdzieś tam na końcu tego wszystkiego pojawiło się światełko w tunelu ❤️