11/05/2026
Znowu częściej pojawiają się pytania "a opowiesz jak się to zaczęło? No to szykujcie sobie kawkę i tu macie, jak się to zaczęło, a będzie długo 😬
Usłyszałam o aksolotlach jakieś 10 lat temu, jeszcze na studiach. Wydawało mi się wtedy, że trzymanie ich w domu jest czymś kompletnie niemożliwym.
Później zaczęłam pracę w sklepie zoologicznym i tam po raz pierwszy miałam z nimi faktyczny kontakt. Opiekowałam się aksolotlami przeznaczonymi na sprzedaż… ale warunki, w jakich były trzymane, były złe. Zbyt wysoka temperatura, brak komfortu — czułam, że się męczą. Postanowiłam je zabrać do domu. Przygotowałam akwarium, mały filterek… ale zanim zdążyłam je odebrać, wszystkie w sklepie padły.
Akwarium jednak już było gotowe, więc zaczęłam jeździć po całym mieście w poszukiwaniu aksolotla. W końcu znalazłam jednego, w małym sklepie akwarystycznym.
Niestety, nie zapewniłam mu odpowiednich warunków. Wierzyłam wtedy, że tak bardzo niskie temperatury to mit i że spokojnie poradzi sobie w temperaturze pokojowej. Problem pojawił się latem — temperatura w akwarium zaczęła drastycznie rosnąć. Zaniepokoiło mnie jego zachowanie: unosił się przy tafli, przestał jeść. Zaczęłam ratować sytuację po swojemu — wrzucałam zamrożone butelki z wodą. Przed wyjściem do pracy zbijałam temperaturę z 28°C do 16°C, a kiedy wracałam, znowu była bardzo wysoka, więc powtarzałam cały proces.
Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jaki ogromny stres mu funduję tymi nagłymi zmianami.
Zachorował bardzo poważnie. Spuchł, pływał do góry brzuchem, a ja nie mogłam znaleźć pomocy. W tamtym czasie popularną „metodą leczenia” było wkładanie aksolotla do lodówki — do temperatury około 4°C. Dziś wiemy, że to nie leczy, tylko drastycznie spowalnia metabolizm i może doprowadzić nawet do zawału.
Wtedy właśnie poznałam doktora Kwiatkowskiego i praktycznie „siedziałam” z nim na telefonie. Pierwsze, co mi kazał, to wyjąć aksolotla z lodówki. Niestety, mimo prób, nie udało się go uratować.
Do dziś nie mogłam sobie wybaczyć, że przez niewiedzę doprowadziłam do jego śmierci.
Po tym wszystkim zdecydowałam się przygarnąć dwa aksolotle z ogłoszenia — ale tym razem byłam już przygotowana. Dojrzałe akwarium, chłodziarka, odpowiednie warunki.
Zaczęłam intensywnie szukać rzetelnych informacji. I wtedy przyszła ogromna frustracja — na grupach i forach królowały mity. Widziałam mnóstwo chorych zwierząt, a odpowiedzi wciąż były te same: „lodówka i sól”.
Nie znałam wtedy hiszpańskiego, a szybko odkryłam, że najwięcej wartościowej wiedzy pochodzi z Meksyku — ojczyzny aksolotli. Moja siostra, która pracowała w szkole językowej, namówiła mnie na kurs z native speakerem. I tak, w ciągu dwóch lat, nauczyłam się mówić na tyle dobrze, żeby móc rozmawiać i korzystać ze źródeł. (Swoją drogą — nauka z native speakerami naprawdę zmusza do mówienia i bardzo przyspiesza postępy - polecam.)
Po zbanowaniu mnie na grupach o aksolotlach, zaczęłam dzielić się zdobytą wiedzą na grupach akwarystycznych. Ludzie zaczęli czytać, dopytywać, czekać na kolejne posty o "smokach". Zaczęli mnie nazywać „Smoczą Mamą” — a także „Daenerys z Bydgoszczy” 😂
Z czasem zaczęłam dostrzegać, jak ogromna jest skala zaniedbań wynikających z niewiedzy. I wtedy to już nie była tylko pasja — zaczęłam edukować, ratować, przygarniać.
Założyłam tę stronę, żeby nie zaśmiecać grup ciągłymi postami. Nazwa? Szczerze mówiąc, nie byłam do niej do końca przekonana, ale społeczność już zdecydowała. I tak zostało — dziś nie ma sensu tego zmieniać, bo wszyscy mnie z tym kojarzą.
Początki nie były łatwe. Trudno było przebić się z nowymi informacjami. Byłam traktowana jak „heretyczka”, wielu ludzi mi nie wierzyło.
W końcu się zdenerwowałam… i kupiłam bilet do Meksyku.
Do dziś niektórzy nie zdają sobie sprawy, co to dla mnie znaczyło. Często tu wspominam, że jestem osobą w spektrum autyzmu (dawniej zespół Aspergera) i mam ADHD. W tamtym czasie miałam ogromne lęki związane z podróżami — przez lata nigdzie nie wyjeżdżałam. Nawet zaproszenie na wykład do Katowic potrafiło wywołać u mnie silną reakcję organizmu.
A mimo to — na jednym wdechu wzięłam kredyt i kupiłam bilet. Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem. A tu nagle ponad 20 godzin podróży, dwa loty w jedną i drugą stronę, przesiadki na jednych z największych lotnisk świata.
Ale wiedziałam, że muszę.
Miałam dość pisania maili i wiadomości. Chciałam usiąść naprzeciwko tych ludzi, porozmawiać, zadać pytania. Powiedzieć, jak bardzo szanuję to, co robią.
I kiedy w końcu usiadłam naprzeciwko doktora Zambrano… dosłownie zapomniałam hiszpańskiego — kilka dni po zdanym na UNAM egzaminie SIELE na poziomie B2 🫠
Za to z doktorem Meną było już swobodniej — zabrał mnie wraz ze swoimi studentami do kamieniołomu, gdzie rozmnażane są aksolotle z laboratorium.
Ja przecież nawet pomagałam biologom odławiać dzikie aksolotle, żeby zbadać populację, dotarłam nad lagunę Alchichica gdzie żyje jedyny na świecie słonowodny aksolotl, to wszystko jeszcze rok wcześniej było dla mnie abstrakcją, marzeniem!
To wszystko co w Meksyku zobaczyłam, zwiedziłam… do dziś wydaje mi się snem.
Ostatnio opowiedziałam o mojej podróży koleżance z Meksyku która mieszka w Polsce i stwierdziła, że w miesiąc przeżyłam tyle, co można przeżyć w rok. Była w szoku, że w tak krótkim czasie odwiedziłam tyle miejsc.
Miałam nagrywać, robić reportaże, działać na YouTube. Ale wybrałam przeżywanie tego „tu i teraz”. Nagrałam tylko tyle, ile było potrzebne. Dziś trochę tego żałuję, bo słowami nie oddam tego, co widziałam na własne oczy.
Po powrocie zapłaciłam za tę podróż wysoką cenę — przyszła depresja. Do materiałów wróciłam dopiero po wielu miesiącach.
Ale to wszystko przyniosło efekty.
Zaczęłam dostawać zaproszenia na wykłady, targi, wydarzenia, uczelnie. Mogłam w końcu robić to, co było dla mnie najważniejsze — mówić ludziom, jak prawidłowo dbać o aksolotle i dlaczego to takie ważne. A także podkreślać istotę ich istnienia - ich naturalne środowisko ktore dziś jest ruiną, bez wsparcia meksykańskiego rządu, dzielni naukowcy z instytutu biologii próbują wydrzeć jego ostatnie nadające się tereny i trzymać je dla aksolotli.
Pojawiła się telewizja, magazyny, YouTube. Nie byłam na to gotowa. Często się do tego zmuszałam, wiedząc, że to może pomóc zwierzętom — ale jednocześnie bardzo mnie to przebodźcowywało.
Dzisiaj czuję, że trochę się wypaliłam.
Staram się dalej działać, ale już inaczej — bardziej doraźnie, na tyle, ile mam siły. Łączenie tego z pracą, która pochłania całą moją energię, bywa trudne. Często na koniec dnia nie mam już siły na nic. Ale mimo wszystko — cieszę się, że mogę pracować w swoim zawodzie (technik weterynarii).
I wiem jedno: ta historia, choć momentami bardzo trudna, nie była przypadkiem. Każdy błąd, każda decyzja i każda walka o życie tych zwierząt doprowadziły mnie dokładnie tutaj.
I nawet jeśli dziś robię mniej, ciszej, wolniej — to nadal robię to samo.
Dla nich :)