20/04/2026
Nie chciała zabierać głosu e tej sprawie ale na codzień zajmuję się zwierzętami, które przeszły piekło, które cierpiały i były skrajnie wykorzystane dlatego postanowiłam napisać kilka zdań.
Gdzie kończy się edukacja, a zaczyna wykorzystywanie zwierząt?
To pytanie dziś wybrzmiewa głośno — ale czy na pewno zadajemy je tam, gdzie naprawdę trzeba?
Bo łatwo jest wskazać jednego człowieka i postawić go pod pręgierzem. Trudniej spojrzeć szerzej i zobaczyć skalę problemu, który od lat funkcjonuje z pełnym społecznym przyzwoleniem.
Zarzucamy „wykorzystywanie”, bo ktoś podróżuje ze swoimi zwierzętami i pokazuje je ludziom. Jednocześnie akceptujemy sytuacje, w których zwierzęta są wożone do szkół, przedszkoli i na eventy — często za niemałe pieniądze — i nazywamy to edukacją.
Gdzie tu konsekwencja?
Jeszcze trudniej odpowiedzieć na inne pytanie: dlaczego tak łatwo oburzamy się na pojedyncze przypadki, a milczymy wobec systemowego cierpienia zwierząt — tam, gdzie ich życie od początku do końca podporządkowane jest wyłącznie ludzkiej korzyści?
Czy naprawdę chodzi o dobro zwierząt…
czy raczej o to, co wygodniej potępić?
Nie twierdzę, że każda forma „edukacji” z udziałem zwierząt jest dobra. Nie twierdzę też, że podróżowanie z nimi jest obojętne dla ich dobrostanu. Ale nazywanie czegoś „znęcaniem się” bez rzetelnej analizy, bez znajomości codzienności tych zwierząt, to bardzo poważny zarzut — który powinien opierać się na faktach, nie na emocjach.
Bo jeśli naprawdę chcemy być uczciwi wobec zwierząt, musimy być też uczciwi w naszych ocenach.
Albo zaczniemy konsekwentnie patrzeć na wszystkie formy ich wykorzystywania — również te społecznie akceptowane —
albo przyznajmy wprost, że nasza wrażliwość bywa wybiórcza.
Gdzie jesteśmy gdy umierają dzieci innych gatunków?
Czy one nie cierpią rodząc się tylko po to by umrzeć?
Gdzie jest wtedy nasze poczucie sprawiedliwości, czyżby nagle ucichło?
Niestety, prawda jest taka, że wybiórcza wrażliwość to nie jest ochrona zwierząt.
To hipokryzja.