09/09/2017
Wiele osób pyta o co chodzi, czemu nic ostatnio nie piszemy. Otóż już wszystko tłumaczę.
Dwa tygodnie temu zdarzył nam się w terenie WYPADEK, niestety dosyć poważny. Koń z naszego zastępu zaatakował nas, zupełnie bez powodu. Obie dostałyśmy po kopniaku... Ja w nogę, ona w łopatkę. Całe szczęście Agema od razu zwiała ze mną na grzbiecie w krzaki, a nie kontynuowała tej kopaniny. Co dziwi wszystkich, którzy ją znają - na pastwisku to ona zawsze rozstawia konie po kątach ;) Wszystko działo się tak szybko, nikt się tego nie spodziewał, nie było czasu na reakcję.
Mnie do tej pory nigdy koń nie kopnął i naprawdę nie polecam ;) Ból okropny, zrobiło mi się słabo. Ciepło i zimno na zmianę, miałam takie mroczki przed oczami, że nie widziałam właściwie nic, przestałam na chwilę słyszeć... Dostałam w łydkę, w kość piszczelową. Wszyscy myśleli, że noga jest złamana, że wyjdę z pogotowia z gipsem. O dziwo skończyło się na odciśniętym kopytku, gigantycznym krwiaku, siniaku na pół nogi i chodzeniu o kulach. Agema też dostała "autograf" w kształcie kopyta, zebrał jej się płyn pod skórą od uderzenia. Na szczęście powoli wszystko schodzi...
Po całej tej akcji trzeba było jakoś wrócić do stajni, a nie byliśmy wcale blisko... Mimo nadchodzącej jak na złość burzy, głośnych motocyklistów i okropnego wiatru Agema spisała się na medal, była taaaka grzeczna. Powoli dowiozła mnie na miejsce, tam już wszyscy na nas czekali, zajęli się końmi, a ja z mamą pojechałam na najbliższy SOR.
W weekend po tym zdarzeniu nie przyjechałam do stajni, byli moi rodzice żeby zobaczyć jak Agema się trzyma.
Wczoraj już odwiedziłam mojego skarba, okrooopnie się za nią steskniłam przez te 2 tygodnie