18/08/2026
Dzisiaj po prostu padłam. Nie tak metaforycznie, nie w sensie, że życie mnie pokonało, los przeczołgał, a ja osunęłam się dramatycznie na szezlong, tylko całkiem zwyczajnie usiadłam na moment w fotelu i obudziłam się dopiero teraz. Spojrzałam w okno, zobaczyłam ciemność i przez dłuższą chwilę próbowałam ustalić, co właściwie z tej ciemności wynika.
Noc, to było pewne. Cała reszta już znacznie mniej. Która godzina? Jaki dzień? Czy zasnęłam wieczorem i obudziłam się po dwóch godzinach, czy może właśnie jest piąta rano? Czy nadal mamy sierpień? Czy może za chwilę z któregoś pokoju usłyszę płacz dziecka, mojego dziecka, i będę musiała wstać, nakarmić, przewinąć i zacząć nocny dyżur, jakbym właśnie cofnęła się o jakieś trzydzieści/czterdzieści lat?
Musiałam być naprawdę bardzo, bardzo zmęczona, skoro przez chwilę nie tylko nie wiedziałam, która jest godzina, ale najwyraźniej nie byłam też całkiem pewna, w której dekadzie własnego życia się znajduję.
Ha! Do rzeczywistości sprowadził mnie dopiero robot sprzątający, który z pełnym przekonaniem o własnej ważności przemierzał dom, omijał meble, wracał do bazy i ogólnie wykazywał się znacznie lepszą orientacją w terenie niż ja po przebudzeniu. I wtedy pomyślałam z ulgą, że wszystko się zgadza. Jest 2026 rok, bo w czasach, kiedy moje dzieci były małe, robot sprzątający oznaczał mnie i, co gorsza, nikt nie przewidział dla mnie stacji dokującej :)
Kiedy już odzyskałam świadomość miejsca, czasu i własnej tożsamości, przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl, zupełnie nieoczekiwana. Gdybym naprawdę mogła zdecydować, w którym momencie swojego życia chcę się teraz obudzić, wybrałabym dokładnie ten. Nie tęsknię za młodością. Naprawdę. Nie mam potrzeby cofać się do dwudziestu, trzydziestu czy czterdziestu lat, choć oczywiście z dzisiejszą wiedzą wiele rzeczy zrobiłabym inaczej, tyle że to rozważanie ma mniej więcej tyle sensu, co pretensja do siebie, że trzydzieści lat temu nie znałam odpowiedzi na pytania, których wtedy jeszcze nawet nie umiałam zadać. Było pięknie, trudno, intensywnie, czasami mądrze, czasami kompletnie idiotycznie i pewnie właśnie dlatego doprowadziło mnie tutaj, a tutaj jest mi naprawdę dobrze. Mam swój świat, swoje koty, swoje rytuały, swoje pomysły, których niezmiennie jest więcej niż czasu, i ten przyjemny przywilej wieku, w którym o porze, kiedy rozsądny człowiek kawy już nie pije, mogę zrobić sobie kawę, bo tak, bo lubię i właściwie kto mi zabroni.
Zrobiłam więc kawę, usiadłam ponownie, tym razem z zamiarem zachowania przytomności, i zaczęłam robić to, co hodowca robi zaskakująco często w chwilach, które normalny człowiek przeznaczyłby na odpoczynek, czyli rozmyślać o kotach.
hmmm.... bo bo zostawić, co oddać, który kociak jest oczywisty, który budzi wątpliwości, który pasuje do programu hodowlanego, który pasuje do serca i co zrobić z tymi najbardziej niewygodnymi przypadkami, które bezczelnie pasują do jednego i drugiego, chociaż każde z tych dwóch organów przedstawia zupełnie inne uzasadnienie.
I właśnie tak dochodzimy do dwóch sióstr, Coco Chanel i Camélii. Z Coco było właściwie podejrzanie łatwo. Nie pamiętam nawet momentu podejmowania decyzji, bo żadnej decyzji w zasadzie nie było. Spojrzałam na nią i wiedziałam. Od początku wszystko w niej układało się dokładnie tak, jak chciałabym, żeby układało się w kocie, którego zostawiam dla siebie. Cudny typ, fantastycznie rozwijająca się głowa, piękne proporcje, harmonijna budowa, niczego za dużo, niczego za mało, żadnej potrzeby poprawiania natury i żadnego elementu, który próbowałby samotnie zrobić karierę kosztem całej reszty.
No dobrze, są dwa wyjątki. Kolor oka najwyraźniej nie zna pojęcia umiaru, a ilość słodyczy przekroczyła już dawno granice przyzwoitości, ale w tych dwóch kwestiach jestem gotowa odstąpić od umiłowania harmonii. Coco jest po prostu kompletna. Patrzę na nią i nie muszę sobie niczego tłumaczyć, niczego usprawiedliwiać, niczego analizować po raz setny. Nie budzę się rano z pytaniem, czy może jednak. Nie. Coco Chanel zostaje i koniec posiedzenia.
Jej imię również przyszło właściwie samo, bo Coco Chanel zawsze kojarzyła mi się z klasą, która nie musi krzyczeć. Z elegancją, która nie potrzebuje przesady, nadmiaru ani demonstracji. Z takim rodzajem piękna, w którym wszystko jest na swoim miejscu, a całość działa właśnie dlatego, że żaden element nie próbuje udowodnić, że jest najważniejszy. Nie musi być więcej. Musi być dokładnie tyle, ile trzeba. I taka właśnie jest moja Coco. Klasa sama w sobie.
A potem jest Camélia i tutaj spokojna część tej opowieści się kończy, bo Camélia nie przyszła na świat z niewidzialną karteczką przyczepioną do ogona, na której natura uprzejmie napisała: „kotka hodowlana, proszę zatrzymać, decyzja ostateczna”. Nie. Camélia weszła mi do głowy bocznymi drzwiami, wdziękiem, słodyczą, spojrzeniem i tą swoją plamką na nosku, z powodu której od pewnego czasu prowadzę sama ze sobą dyskusję o charakterze niemal naukowym. Bo czym właściwie jest ta plamka? Wadą? Niedoskonałością? Drobiazgiem? A może właśnie tym jednym szczegółem, przez który spośród kilku pięknych pyszczków pamięta się właśnie ten? Patrzę raz i myślę: wada. Patrzę drugi i dochodzę do wniosku, że urocza. Patrzę trzeci i zaczynam podejrzewać, że bez niej Camélia nie byłaby już Camélią, po czym przypominam sobie, że jestem hodowcą, odzyskuję zawodową powagę na mniej więcej siedem minut, a następnie znowu na nią patrzę i cała powaga diabli biorą.
Bo wybór kota do dalszej hodowli wcale nie polega na tym, żeby znaleźć najładniejszego kociaka w miocie, choć byłoby cudownie, gdyby to było takie proste. Trzeba patrzeć na typ, głowę, profil, uszy, oczy, kościec, proporcje, futro, oznaczenia, temperament, zdrowie, rodowód, zgodność linii, potencjał genetyczny, a przy tym wszystkim pamiętać, czego potrzebuję w swoim programie dzisiaj, czego będę potrzebowała za kilka lat, co chcę utrwalić, co poprawić, czego absolutnie nie chcę stracić. Najlepiej byłoby mieć do tego Excela z siedmioma zakładkami, punktacją, formułami i jedną komórką, która na końcu podświetla się na zielono i oznajmia: ZOSTAWIĆ. Tyle że natura z uporem godnym lepszej sprawy nie korzysta z Excela. Natura przysyła człowiekowi Camélię i patrzy, jak sobie poradzi.
Najtrudniejsze jest chyba to, że hodowca nie wybiera kota, którego widzi dzisiaj. Próbuje zobaczyć kota, którego jeszcze nie ma. Patrzy na małą puchatą kulkę i zastanawia się, jak rozwinie się jej głowa, jak zmienią się proporcje, co zrobi oko, jak ułoży się futro, jak dojrzeje sylwetka, a potem powinien pójść jeszcze krok dalej i spróbować zobaczyć jej przyszłe dzieci, może nawet wnuki. Czyli człowiek siedzi z kawą nad stworzeniem ważącym niewiele więcej niż porządny bochenek chleba i próbuje przewidzieć kilka przyszłych pokoleń. Normalna rzecz. Zwyczajny wieczór hodowcy.
I właśnie dlatego Camélia pozostaje na razie w obserwacji. Oficjalnie. Nieoficjalnie sytuacja zaczyna wyglądać coraz bardziej podejrzanie, bo nie pokazałam jej innym, nie zaczęłam dla niej szukać rodziny, za to zaczęłam szukać argumentów, dlaczego mogłaby zostać. A znam siebie już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że jeśli zamiast szukać domu dla kota zaczynam szukać powodów, by go zatrzymać, to sprawa jest najprawdopodobniej rozstrzygnięta. Serce podpisało decyzję, tylko rozum jeszcze jej oficjalnie nie dostał i teraz biedny siedzi nad aktami, wertuje dokumentację i usiłuje przygotować uzasadnienie, które pozwoli mi zachować przed samą sobą pozory, że wszystko odbyło się zgodnie z procedurą.
Jej imię też nie pojawiło się przypadkiem. Skoro od początku wiedziałam, że zostaje Coco Chanel, jej siostra dostała imię Camélia, od kamelii, jednego z najbardziej charakterystycznych symboli domu Chanel. Delikatnej, eleganckiej, pozornie prostej, a jednak natychmiast rozpoznawalnej. I im dłużej patrzę na tę małą dziewczynkę z plamką na nosie, tym bardziej myślę, że trudno byłoby znaleźć dla niej lepsze imię. Coco Chanel była decyzją. Camélia jest pokusą. Coco od początku powiedziała mi bardzo wyraźnie, że zostaje, Camélia nie powiedziała nic, tylko usiadła sobie gdzieś pomiędzy rozsądkiem a sercem i najwyraźniej czeka, aż wreszcie przestanę udawać, że cokolwiek jeszcze ode mnie zależy.
Komisja hodowlana w składzie jednoosobowym nadal więc obraduje. Problem polega tylko na tym, że zdążyła już podzielić się na kilka frakcji i niemal wszystkie są za Camélią. Jedna, ta najbardziej uparta i przekonana o własnym profesjonalizmie, domaga się dalszej obserwacji. Na razie jej nie wyrzucam z posiedzenia, bo dobrze mieć w zespole kogoś, kto stwarza pozory rozsądku. Ale między nami mówiąc, nikt jej już specjalnie nie słucha. ❤️
z nocnymi dylematami,
Monika Koc
a ta fotka, to tylko poglądowa, Agenta 007, czyli w takim samym umaszczeniu jak malutka Camélia