Obieżyfoka

Obieżyfoka Smutna Foka przemierza świat dziwiąc się wszystkiemu na każdym kroku

Z koleżanką Marlenką zwiedzamy Pizę - co prawda jedynie przelotem, bo zaraz mamy prom, ale szkoda byłoby nie zobaczyć sł...
03/09/2022

Z koleżanką Marlenką zwiedzamy Pizę - co prawda jedynie przelotem, bo zaraz mamy prom, ale szkoda byłoby nie zobaczyć słynnej wieży skoro tylko pol godziny drogi od Livorno.

Tereny w okół robią wrażenie - szczególnie ta płaska zieleń przywodzi na myśl trochę Stonehenge.

Plan na weekend
01/09/2022

Plan na weekend

Look whos back
15/06/2022

Look whos back

Zgadzam się w 100% foki to nie zabawki. Jakbyście kiedyś spotkali jedną z moich sióstr albo braci wylegujących się na pl...
16/07/2021

Zgadzam się w 100% foki to nie zabawki. Jakbyście kiedyś spotkali jedną z moich sióstr albo braci wylegujących się na plaży to gorąca prośba - zostawcie ich w świętym spokoju. Pływanie w morzu to dość wyczerpujące zajęcie i jeśli wychodzimy na brzeg to żeby się zregenerować i odpocząć. No chyba że trafi się jeden z drugim którzy mają ochotę na fotę albo podotykac nawet. Polecam takim wsadzić sobie aparaty i palce w miejsce wiadome.

Pozdrawiam przy okazji helskie Fokarium, które robi niesamowitą robotę.

Look who's back :)
15/07/2021

Look who's back :)

Właśnie dowiedziałam się że mam uśmiech niczym Robert de Niro
28/10/2019

Właśnie dowiedziałam się że mam uśmiech niczym Robert de Niro

Home sweet home :)
21/09/2019

Home sweet home :)

Ostatnie dni naszej wyprawy spłynęły (i to słowo nie jest użyte przypadkowo) w Szampanii, francuskiej krainie słynącej z...
20/09/2019

Ostatnie dni naszej wyprawy spłynęły (i to słowo nie jest użyte przypadkowo) w Szampanii, francuskiej krainie słynącej z win bąbelkowych. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Hautvillers, w samym środeczku obszaru upraw winogron ze szczepów chardonnay, pinot noir i takich innych. Jest to miejscowość gdzie powstał słynny Dą Perinią. Sama nazwa wzięła się od gościa, który bardzo dawno tutaj zarządzał i rozkręcił generalnie ten interes. Oprócz tego w miejscowości jest dość malowniczo (chociaż brak sklepów ogólnospożywczych daje się we znaki), jest tutaj bardzo dużo winiarni z szampanem, w zasadzie można powiedzieć, że jedna stoi obok drugiej! Dlatego ostatnie dni Obieżyrodzice postanowili spędzić na wine-crawlingu (wypicie kieliszka szampana daje +10 do słowotwórstwa, nie każdy zdaje sobie z tego sprawę).

Obieżyrodzicie wypróbowali różnych, różnistych szampanów (czystych szardonej, pinot nułar i tak dalej, jak również mieszanek w różnych proporcjach). Generalnie można powiedzieć, że są bardzo podobne i różnią się jakimiś tam szczególikami. W jednym z lokali Obieżyrodzice degustowali (yhy…) kilka szampanów tradycyjnych i jeden, który pani powiedziała, że jest wintydż (czyli stary). No i spróbowali. Ten stary okazał się całkiem spoko, a jak zapytaliśmy pani, co to, ona, że to Dą Perinią! No proszę. Jakby ktoś kiedyś zastanawiał się jak smakuje ten słynny szampan, odpowiadam – szampańsko. Jest spoko, ale nie wart ceny.

Muszę nadmienić jeszcze dwie rzeczy – po drodze do szampanii zatrzymaliśmy się w miejscowości Camembert, gdzie wyrabiają słynny ser. Mieścina mniejsza chyba niż typowa polska wieś, ze cztery domy na krzyż z czego w jednym mieści się muzeum sera. Niestety, jako, że czas gonił, nie udało nam się tam wejść. Za to kupiliśmy w miejscowym sklepie ser i cyder.

Drugą rzeczą, jaką chcę odmienić to widoki. Są naprawdę przepiękne, chyba póki co jedynie Andaluzja przebija je pięknem. Poza tym widać, że zaczyna się jesień – liście w koronach drzew złocieją i czerwienią się. Można by tutaj w zasadzie nie robić nic oprócz patrzenia w krajobraz.

W sumie tyle. Nie ma za dużo pisania, bo chyba rezerwy energetyczne się powoli dokańczają. Czas wracać do domu i wrócić do domowych spraw. Jutro z rana wyjazd. Bardzo wcześnie, bo o godzinie 4:00. Myślę, że około 20:00 będziemy w Łodzi, może wcześniej.

Spodziewajcie się jeszcze jednego wpisu w takim razie 😊

Zwiedzaliśmy ostatnio północ Francji. Konkretnie – Bretanię i Normandię. Podróżując z Bordeaux zatrzymaliśmy się w miejs...
18/09/2019

Zwiedzaliśmy ostatnio północ Francji. Konkretnie – Bretanię i Normandię. Podróżując z Bordeaux zatrzymaliśmy się w miejscowości Saint Malo, której nazwa oznacza pewnie Święty Maluch (???) albo Święty Zmalowany (2x ???). W każdym razie zatrzymaliśmy się tam. No i nie powiem, miejsce, które Obieżymama znalazła okazało się najlepszym, w którym się zatrzymaliśmy. Śliczna okolica, przytulne mieszkanie, bliskość plaży i szczególiki, które przygotowała dla nas gospodyni robią na bookingu swoją ocenę (9,6!). Całe szczęście jest już po sezonie, bo pewnie Obieżyrodzice musieliby zapłacić ze 3 razy więcej. Może opowiem coś więcej o tej okolicy.

Saint Malo to takie Międzyzdroje. Tylko, że bez straganów z pierdołami, ale z budynkami zamienionymi na małe zameczki z wieżyczkami i innymi takimi i z przypływami i odpływami morza, w których różnica poziomu miejscami wynosi 15 metrów. Pitnaśnie. Metrów. Poważna sprawa.

Trafiliśmy tutaj już na okres po sezonowy, dlatego w zasadzie nie ma już nikogo na plażach (również dlatego, że jest pierońsko zimno i wieje poralny wiater. Mi pasuje). Wieczorem wybraliśmy się na spacer (z jedzonkiem) i okazało się, że woda sięga prawie do połowy murka, który zmyślni ludzie zbudowali, żeby morze nie podlewało domków. Zapamiętajcie ten fragment. Przyda się później.

Następnego dnia wymyśliliśmy sobie wycieczkę do Mont Saint Michel (czyt. Góra Świętego Michała). O tym miejscu słyszałam tylko plotki i opowieści. Okazało się, że jest to jedno z najczęściej odwiedzanych francuskich miejsc przez turystów z całego świata (ponad 3 miliony osób rocznie). Jest to bardzo ciekawe z powodu, który zaraz powiem. Najpierw będzie o tym jak ta góra wygląda. A wygląda epicko! Dosłownie pośrodku niczego (nic złożone w tym wypadku z bagien) ludzie (a w zasadzie jeden biskup) postanowili, że wybudują na skale, która przez pół dnia jest niedostępna od strony lądu (przypływ zalewa wszystkie ścieżki dostępu) kościoł. I zrobili to 1300 lat temu. No grubo. Spytacie po co? Otóż Biskupowi Aubertowi (obecnie świętemu) przyśnił się trzykrotnie Michał Archanioł i kazał mu tam wybudować kościół. Biskup odmawiał dwa razy, za trzecim razem Michał się deczko zdenerwował i wypalił biskupowi dziurę w czaszce, pozostawiając go przy życiu. Po takim pokazie siły biskup przestał kozaczyć i zrobił o co biedny Archanioł go prosił. Taka przynajmniej jest legenda. Podobno mają w tym opactwie cały czas czaszkę św. Auberta, w której zieje dziura. Może coś w tym jest. W każdym razie całość wygląda naprawdę nieźle i robi wrażenie, tym bardziej, że widać cały kompleks (dookoła kościoła powstało opactwo i mała mieścinka z hotelami, restauracjami i sklepami z dziadostwem) z naprawdę daleka.

Napisałam wcześniej, że ciekawe jest, że tak wiele osób odwiedza to miejsce. Otóż jest to ciekawe, ponieważ oprócz samego opactwa i okolicznych budowli nic tutaj nie ma. Dokładnie jest jak piana piwa – dużo niczego. Naprawdę. Opactwo jest takie, jakie opactwo powinno być. Skromne. Nie ma tutaj absolutnie żadnych obrazów, opisów, jakichś nie wiem – utensyliów kuchennych, których bracia (benedyktyni) używali. Generalnie ściany z kamienia, ściany z kamienia i jeszcze trochę więcej – zgadnijcie – ścian z kamienia! Nie przeszkadza to okolicznym kramom produkować ton pierdół we wszystkich odcieniach kiczu, za które liczą sobie jak za zboże.

Ale widoki ładne. No i żeby nie było zbyt nudno – przed wejściem na górę, w wodzie okalającej wyspę ktoś postawił Torii (taka budowla przypominająca bramę – w japonii bardzo dużo tego można spotkać. W sumie jak myślisz Japonia, to ci się od razu takie rzeczy pojawiają w głowie). No bo czemu nie.

Wróciliśmy z Mont Saint Michel, ale jakoś jeszcze było sporo czasu do końca dnia. Dlatego pojechaliśmy w jeszcze jedno miejsce, które okazało się być o rzut beretem.

Pojechaliśmy na plażę Omaha. Jak ktoś oglądał Szeregowca Ryan’a to wie o czym mówię. A jeśli ktoś nie wie – fraza D-Day powinna trochę rozjaśnić temat.

Odwiedziliśmy plażę Omaha, chyba najkrwawsze miejsce desantu, na której zginęło około 3000 żołnierzy amerykańskich, którzy jeszcze tego samego dnia o świcie wyruszali, żeby otworzyć drugi front w Europie (podczas Drugiej Wojny Światowej, jeśli ktoś jakimś cudem nie wie o jakim wydarzeniu mówię). Jeszcze tego samego dnia ci ludzie mieli życie do przeżycia, byli kimś, mieli może marzenia, w domu na nich czekała rodzina. Tego dnia zginęło 12 tysięcy aliantów i od 4 do 9 tysięcy nazistów. Ogólnie operacja Overlord pochłonęła ponad pół miliona istnień ludzkich, oprócz tego 25 do 39 tysięcy cywili. Wojna jest chujowa (Obieżytata pozwolił mi na napisanie tego nieładnego słowa).

Przy okazji wizyty na plaży było trochę okazji do porozmawiania o życiu, śmierci, wojnie, sensowności tego wszystkiego.

Nikt się nie opalał.

Wróciliśmy zmęczeni, ale z poczuciem dobrze spędzonego dnia.

Nazajutrz postanowiliśmy wypocząć po wczorajszym intensywnym dniu i przed jutrzejszą podróżą. Poszliśmy więc na spacer plażą do centrum Saint Malo. Teraz muszę was poprosić o przypomnienie sobie fragmentu o wodzie podchodzącej do połowy wybudowanego murku. Możecie sobie nawet cofnąć kawałek (chociaż w sumie to nie musicie, bo wszystko co tam się znajdowało już napisałam). Otóż koło południa brzeg morza znajdował się już jakieś 200 meterów od tego murka! Niesamowite, co? W piasku plaży było mnóstwo muszelek i glonów, które wyglądały jak brunatne połączenie sałaty i fasoli. Morze odsłoniło też skały, na których żyły sobie glony i mule. Postanowiliśmy się tam wybrać z Obieżytatą, ale było dosyć ślisko, poza tym trudno jest poruszać się tam tak, żeby nie podeptać stworzonek, więc weszliśmy tylko kawałek. Przeszliśmy się potem na obiad do centrum Saint Malo oddalonego o ponad 2 kilometery, więc porządnie się przespacerowaliśmy. Na miejscu (malowniczym z resztą) zjedliśmy najlepszy obiad, jaki do tej pory zjedliśmy. Obieżytata dostał nawet płonący Creme Brulee! Szoł, nie ma co.

Po wszystkim wróciliśmy do domku i odpoczęliśmy do końca (i zrobiliśmy pranie).

Jutrzejszy cel – Szampania! Jest to ostatnie miejsce, które odwiedzimy podczas wyprawy na Gibraltar i z Powrotem. A potem już tylko 13 godzin jazdy do domu.

Jesteśmy w Bordeaux. Stolicy wina. W zasadzie tak można streścić nasz pobyt tutaj, gdyż z tego właśnie to miejsce słynie...
14/09/2019

Jesteśmy w Bordeaux. Stolicy wina. W zasadzie tak można streścić nasz pobyt tutaj, gdyż z tego właśnie to miejsce słynie. Wino, wino i jeszcze raz wino. W dodatku – czerwone, wytrawne. Tak mniej więcej przedstawia się paleta atrakcji tego miejsca. Oczywiście zależy to od tego, ile kabony mamy w portmonecie. Myśmy wybrali się na dosyć, można powiedzieć, ekonomiczną wycieczkę po winach – czyli w jednym pokoju siedzieliśmy z innymi uczestnikami dwugodzinnego kursu, słuchaliśmy wykładu o winach z Francji i generalnie z Bordeaux. I chyba nie do końca rozumiem, czym tutaj się ludzie zachwycają, dlaczego peany wznoszą na cześć tego trunku. Fajne toto, ale rozbuchane wydaje mi się. Może to będzie niepopularna opinia, ale jakoś tak dziwnie się czuję wśród tego całego ĘĄ związanego z apelacjami, że tutaj to jest apelacja taka i wino nazywa się wtedy tak, a tutaj jest inna, i tutaj szczepy winogron rosną na wapiennej glebie, nie podlewanej przez człowieka i wtedy wino ma smak bardziej cytrusowo migdałowy… Jak dla mnie to tak samo toto wszystko smakuje. Ale ja jestem prosta foka, która język sobie wyrobiła na rybach, więc gdzie mie tam do wyrafinowanych podniebień somelierów francuskich. No, ale dowiedziałam się paru rzeczy.
1. We Francji istnieje sześć głównych regionów winnych, jest to: Bordeaux, Szampania, Burgundia, Val de Loire, Alzacja i Prowansja. One dzielą się jeszcze jakoś drobniej, ale tyle tego jest, że hoho. W samym Bordeaux jest 60 (!!) różnych apelacji.
2. Apelacja to jest generalnie miejsce, w których hoduje się winogrona. Mogą być różne apelacje winogron tego samego szczepu, np. mamy szczep X, który rośnie sobie nad rzeką. Po jednej jego stronie będzie apelacja XA, a po drugiej będzie apelacja XB. Z tych dwóch apelacji może generalnie bardzo różne wino wyjść, bo różnią się one glebą, mikroklimatem, sposobem gospodarowania i tak dalej.
3. Wino białe jak się starzeje to robi się ze słomkowego do brązowego. Czerwone z rubinowego przechodzi do ciemnego brązu. Generalnie bardzo stare wino wychodzi brązowe i nie jest się w stanie stwierdzić jakie było na początku (jeśli się nie wiedziało).
4. Kolor wina nie wpływa za bardzo na jego smak. Były takie testy na somelierach francuskich, że dali im różnie wina do próbowania po ciemku (tak że nie widzieli nic) i nie byli w stanie stwierdzić, jakie to było wino (mieli do zgadnięcia tylko kolor). W takim razie dlaczego pani na początku kursu pyta, czy wolimy czerwone czy białe, jak nie ma to żadnego znaczenia!!?
5. Wino próbuje się w taki sposób: Najpierw patrzysz na kolor. Potem delikatnie wąchasz. Potem mieszasz (żeby uwolnić aromat). Potem znowu wąchasz. Potem próbujesz. Kieliszek trzyma się za szyjkę albo nawet za podstawkę (żeby nie zagrzać trunku).
6. Jest tutaj praktyka, że można mieszać dwa różne wina i zrobić z tego popularny BEŁT. I nikt nie mówi, że to nie eleganckie!
W sumie tyle. Jest tego trochę prawda? Jak ktoś lubi, to spoko, a jak nie, to też spoko. Fajny pomysł na emeryturę może.

Zanim do Bordeaux dotarliśmy mieliśmy przystanek jeden, bo droga z Porto do Bordeaux jest bardzo długaśna i nudna, więc rozbiliśmy sobie ją na dwa dni. Pierwszego dnia dotarliśmy więc do Bilbao, stolicy kraju basków i tam przenocowaliśmy. Na drugi dzień, zanim pojechaliśmy w dalszą trasę odwiedziliśmy muzeum Guggenheima. To taka filia muzeum Guggenheima w Nowym Jorku (tam powstało pierwsze takie) i zawiera w sobie wystawy sztuki nowoczesnej (i nie tylko). Odwiedziliśmy, spędziliśmy tam kilka godzin i powiem jedno – WARTO. Jak ktoś kojarzy Londyńskiego Tate, to jest to mniej więcej ten poziom, tylko wystaw mniej. Z tych wartych odnotowania, to prace Anzemla Kiefera, Lucio Fontany i wielgachna instalacja „The Matter of Time” Richarda Serry. Naprawdę ekstra, jak ktoś lubi klimaty modernistyczne. Ja tak. Poza tym mają kota wielkości tego no… dużego. Takiego jak dom wielkiego!

Opowiem jeszcze o jednej rzeczy, która nam się niestety przydarzyła. Była to rzecz dosyć przykra. Tą rzeczą jest herbata w Hiszpanii. NIGDY, PRZENIGDY nie kupujcie herbaty na stacji benzynowej w Hiszpanii. A jak już musicie to kupujcie czarną. Niech was bóg morskich stworzeń broni, żeby kupować zieloną. No chyba, że lubicie pić napar o smaku starego ryżu robionego na słonej wodzie (porada nie dotyczy morświnów, one lubią takie świństwa pić).

To by było na tyle. Jutro podróż do Saint Malo, a po jutrze zwiedzamy górę Saint Michael. Mamy zarezerwowaną całodniową wycieczkę po bodajże robiącym największe wrażenie zamku w Europie (zaraz po zamku na łódzkiej Retkinii).

Cóż, muszę przyznać, że nie przydarza mi się to często. Nie wiem, czy to czyste, pachnące rybkami (mmmm) powietrze znad ...
11/09/2019

Cóż, muszę przyznać, że nie przydarza mi się to często. Nie wiem, czy to czyste, pachnące rybkami (mmmm) powietrze znad oceanu, czy może coś innego, ale z jakiegoś powodu (pewnie powodem była ciekawość) poszliśmy na Portorański (czy tak to się odmienia?) wine tour. Spróbowaliśmy 7 różnych porto, z czterech rodzajów, bo tyle ich jest. W sensie rodzajów, nie, że w sumie jest 7 porto ogólnie. Te cztery rodzaje to: White (Białe), Tawny (Czerwone), Ruby (Bardziej czerwone), Rołse (chyba tak to się pisze. W każdym razie jest różowe). Tyle się nauczyliśmy. I jeszcze coś tam o historii porto. No i że różnią się trochę smakiem. Nie jestem znawczynią, ale w sumie to były całkiem smaczne, jak cukierki (chociaż wolałabym cukierki z rybki).

Następnego dnia wiało i było generalnie zimno, poszliśmy więc na plażę (bo czemu nie). Nie polecam takich akcji.

Ostatni dzień w Porto. Prawie udało nam się nie dotrzeć na free tour. Głównie ze względu na bardzo słabą komunikację miejską. Przynajmniej jeśli chodzi o autobusy linii 500+ (hehe). Odkryliśmy pewną zasadę, którą rządzą się te autobusy. Otóż godziny na rozkładzie są to godziny, w których autobus na pewno NIE PRZYJEDZIE. W pozostałe czasookresy – być może, ale nie wiadomo.

No ale jakimś cudem dotarliśmy. Generalnie dowiedzieliśmy się całkiem sporo o Porto. Między innymi to, że miasto było TURBO katolickie. W centrum jest miejsce, w którym w promieniu 100m stoją cztery różne kościoły (w sensie – budynki). Dalej jest jeszcze lepiej. Był taki okres w historii Porto, że król Portugalii, który chciał Porto nawiedzić musiał prosić biskupa miasta o pozwolenie. No i nie mógł przebywać tutaj dłużej niż 3 dni albo został wykopywany. Łooo.

Aczkolwiek fakciorów nie będzie dzisiaj, proszę o wybaczenie. Jestem już deczko zmęczona. Jutro jedziemy do Bilbao, czeka nas ponad 8 godzin podróży, więc być może w drodze coś skrobnę.

Najważniejsze jest, że WRACAMY. Fajnie jest w podróży, ale trochę tęskni się za domem i za przyjaciołami.

Dzisiaj posta nie będzie
09/09/2019

Dzisiaj posta nie będzie

Adres

Łódź

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Obieżyfoka umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria