18/09/2019
Zwiedzaliśmy ostatnio północ Francji. Konkretnie – Bretanię i Normandię. Podróżując z Bordeaux zatrzymaliśmy się w miejscowości Saint Malo, której nazwa oznacza pewnie Święty Maluch (???) albo Święty Zmalowany (2x ???). W każdym razie zatrzymaliśmy się tam. No i nie powiem, miejsce, które Obieżymama znalazła okazało się najlepszym, w którym się zatrzymaliśmy. Śliczna okolica, przytulne mieszkanie, bliskość plaży i szczególiki, które przygotowała dla nas gospodyni robią na bookingu swoją ocenę (9,6!). Całe szczęście jest już po sezonie, bo pewnie Obieżyrodzice musieliby zapłacić ze 3 razy więcej. Może opowiem coś więcej o tej okolicy.
Saint Malo to takie Międzyzdroje. Tylko, że bez straganów z pierdołami, ale z budynkami zamienionymi na małe zameczki z wieżyczkami i innymi takimi i z przypływami i odpływami morza, w których różnica poziomu miejscami wynosi 15 metrów. Pitnaśnie. Metrów. Poważna sprawa.
Trafiliśmy tutaj już na okres po sezonowy, dlatego w zasadzie nie ma już nikogo na plażach (również dlatego, że jest pierońsko zimno i wieje poralny wiater. Mi pasuje). Wieczorem wybraliśmy się na spacer (z jedzonkiem) i okazało się, że woda sięga prawie do połowy murka, który zmyślni ludzie zbudowali, żeby morze nie podlewało domków. Zapamiętajcie ten fragment. Przyda się później.
Następnego dnia wymyśliliśmy sobie wycieczkę do Mont Saint Michel (czyt. Góra Świętego Michała). O tym miejscu słyszałam tylko plotki i opowieści. Okazało się, że jest to jedno z najczęściej odwiedzanych francuskich miejsc przez turystów z całego świata (ponad 3 miliony osób rocznie). Jest to bardzo ciekawe z powodu, który zaraz powiem. Najpierw będzie o tym jak ta góra wygląda. A wygląda epicko! Dosłownie pośrodku niczego (nic złożone w tym wypadku z bagien) ludzie (a w zasadzie jeden biskup) postanowili, że wybudują na skale, która przez pół dnia jest niedostępna od strony lądu (przypływ zalewa wszystkie ścieżki dostępu) kościoł. I zrobili to 1300 lat temu. No grubo. Spytacie po co? Otóż Biskupowi Aubertowi (obecnie świętemu) przyśnił się trzykrotnie Michał Archanioł i kazał mu tam wybudować kościół. Biskup odmawiał dwa razy, za trzecim razem Michał się deczko zdenerwował i wypalił biskupowi dziurę w czaszce, pozostawiając go przy życiu. Po takim pokazie siły biskup przestał kozaczyć i zrobił o co biedny Archanioł go prosił. Taka przynajmniej jest legenda. Podobno mają w tym opactwie cały czas czaszkę św. Auberta, w której zieje dziura. Może coś w tym jest. W każdym razie całość wygląda naprawdę nieźle i robi wrażenie, tym bardziej, że widać cały kompleks (dookoła kościoła powstało opactwo i mała mieścinka z hotelami, restauracjami i sklepami z dziadostwem) z naprawdę daleka.
Napisałam wcześniej, że ciekawe jest, że tak wiele osób odwiedza to miejsce. Otóż jest to ciekawe, ponieważ oprócz samego opactwa i okolicznych budowli nic tutaj nie ma. Dokładnie jest jak piana piwa – dużo niczego. Naprawdę. Opactwo jest takie, jakie opactwo powinno być. Skromne. Nie ma tutaj absolutnie żadnych obrazów, opisów, jakichś nie wiem – utensyliów kuchennych, których bracia (benedyktyni) używali. Generalnie ściany z kamienia, ściany z kamienia i jeszcze trochę więcej – zgadnijcie – ścian z kamienia! Nie przeszkadza to okolicznym kramom produkować ton pierdół we wszystkich odcieniach kiczu, za które liczą sobie jak za zboże.
Ale widoki ładne. No i żeby nie było zbyt nudno – przed wejściem na górę, w wodzie okalającej wyspę ktoś postawił Torii (taka budowla przypominająca bramę – w japonii bardzo dużo tego można spotkać. W sumie jak myślisz Japonia, to ci się od razu takie rzeczy pojawiają w głowie). No bo czemu nie.
Wróciliśmy z Mont Saint Michel, ale jakoś jeszcze było sporo czasu do końca dnia. Dlatego pojechaliśmy w jeszcze jedno miejsce, które okazało się być o rzut beretem.
Pojechaliśmy na plażę Omaha. Jak ktoś oglądał Szeregowca Ryan’a to wie o czym mówię. A jeśli ktoś nie wie – fraza D-Day powinna trochę rozjaśnić temat.
Odwiedziliśmy plażę Omaha, chyba najkrwawsze miejsce desantu, na której zginęło około 3000 żołnierzy amerykańskich, którzy jeszcze tego samego dnia o świcie wyruszali, żeby otworzyć drugi front w Europie (podczas Drugiej Wojny Światowej, jeśli ktoś jakimś cudem nie wie o jakim wydarzeniu mówię). Jeszcze tego samego dnia ci ludzie mieli życie do przeżycia, byli kimś, mieli może marzenia, w domu na nich czekała rodzina. Tego dnia zginęło 12 tysięcy aliantów i od 4 do 9 tysięcy nazistów. Ogólnie operacja Overlord pochłonęła ponad pół miliona istnień ludzkich, oprócz tego 25 do 39 tysięcy cywili. Wojna jest chujowa (Obieżytata pozwolił mi na napisanie tego nieładnego słowa).
Przy okazji wizyty na plaży było trochę okazji do porozmawiania o życiu, śmierci, wojnie, sensowności tego wszystkiego.
Nikt się nie opalał.
Wróciliśmy zmęczeni, ale z poczuciem dobrze spędzonego dnia.
Nazajutrz postanowiliśmy wypocząć po wczorajszym intensywnym dniu i przed jutrzejszą podróżą. Poszliśmy więc na spacer plażą do centrum Saint Malo. Teraz muszę was poprosić o przypomnienie sobie fragmentu o wodzie podchodzącej do połowy wybudowanego murku. Możecie sobie nawet cofnąć kawałek (chociaż w sumie to nie musicie, bo wszystko co tam się znajdowało już napisałam). Otóż koło południa brzeg morza znajdował się już jakieś 200 meterów od tego murka! Niesamowite, co? W piasku plaży było mnóstwo muszelek i glonów, które wyglądały jak brunatne połączenie sałaty i fasoli. Morze odsłoniło też skały, na których żyły sobie glony i mule. Postanowiliśmy się tam wybrać z Obieżytatą, ale było dosyć ślisko, poza tym trudno jest poruszać się tam tak, żeby nie podeptać stworzonek, więc weszliśmy tylko kawałek. Przeszliśmy się potem na obiad do centrum Saint Malo oddalonego o ponad 2 kilometery, więc porządnie się przespacerowaliśmy. Na miejscu (malowniczym z resztą) zjedliśmy najlepszy obiad, jaki do tej pory zjedliśmy. Obieżytata dostał nawet płonący Creme Brulee! Szoł, nie ma co.
Po wszystkim wróciliśmy do domku i odpoczęliśmy do końca (i zrobiliśmy pranie).
Jutrzejszy cel – Szampania! Jest to ostatnie miejsce, które odwiedzimy podczas wyprawy na Gibraltar i z Powrotem. A potem już tylko 13 godzin jazdy do domu.