20/05/2026
Czasem dostaję pytania w stylu: jak Ty Pati radzisz sobie w Grecji, wśród takiej ilości kociego cierpienia?
A ja właśnie często sobie nie radzę...
Zwykle wyjście z domu, poza moją ulicę = stres.
Dlaczego?
Bo albo wracam z kolejnym kotem, który umierał na ulicy, albo przybita, bo nie mogę przecież zbierać kotów bez umiaru.
Nigdy nie potrafię w pełni cieszyć się tym, ile kotów udało nam się uratować, bo nieustannie prześladują mnie obrazy tych, którym nie mogłam pomóc.
Kocia bezdomność, a co za tym idzie: głód, choroby, cierpienie, to tutaj element krajobrazu, a z nadmiarem bezdomnych zwierząt wciąż w wielu miejscach walczy się truciem…
Każda pora roku oznacza inne dramaty.
Jesienie i zimy to dla bezdomnych zwierząt festiwal śmierci. Wiosna to miliony kociąt, które w 90% czeka śmierć. Szanse na dom? Bliskie zeru.
A kiedy nadchodzi lato i sytuacja jest trochę lepsza, skrzynkę Gatakia zaczynają zasypywać setki próśb o pomoc kotom, które umierają i dla których pomoc z dużym prawdopodobieństwem nie nadejdzie, o ile turyści nie staną na głowie. A często nie chcą zrobić nic poza “zgłoszeniem mi problemu”. I to bardzo obciąża psychicznie.
Dlatego, chociaż wyjazdy do Polski niemal zawsze kosztują mnie dużo stresu i są prawdziwą logistyczną piramidą wzbogaconą telefonami od Thanasisa, który informuje mnie co tam się u nas odwala (zawsze musi się coś dziać), to jednak jest podczas tych wyjazdów jeden aspekt, który mnie uspokaja.
Mogę przechodzić ulicami bez nieustannego lęku czy wrócę z kotem, czy z poczuciem beznadziei i załamania psychicznego. I mogę wypić kawę z widokiem na kosze, z których nie wysypują się bezdomne koty szukające w desperacji resztek jedzenia.
I chciałabym żeby to dobrze wybrzmiało: w Polsce kocia bezdomność jest ogromnym problemem: na ulicach żyje ok. 750 tysięcy bezdomnych kotów, a ok. 30–35 tysięcy kotów jest w schroniskach. Są to liczby zatrważające.
Wiele kotów ze schronisk nigdy nie doczeka domu. A bezdomnym kotom od dekad przyszywa się łatkę “wolno żyjących” i wbrew nauce dzieli na “dzikie” i domowe. A mimo setek fundacji, schronisk i dostępu do wiedzy oraz weterynarzy, wciąż ogromnym problemem są rozmnażacze, pseudohodowle i brak odpowiedniej opieki nad zwierzętami.
Dlatego absolutnie nie deprecjonuję problemu bezdomności w Polsce!
Zresztą mój jedyny prywatny kot, to gość z sosnowieckiej ulicy, zrodzony na działkach, zapewne z “dzikiej kotki” (matki nie znalazłam), którego nie przyjęła żadna fundacja, schronisko, ani nikt nie chciał go adoptować. I tak od 10 lat jesteśmy na siebie skazani ;)
Ale po prostu skala problemu w Grecji jest porażająco większa, a szansę na pomoc… o wiele mniejsze.