25/01/2026
Nie każda hodowla FCI/ZKWP to „hodowla” Nescaland.
Ostatnie doniesienia o zaniedbaniach w hodowlach zrzeszonych w ZKwP i o odebranych psach z tych miejsc poruszają mnie bardzo.
Tym bardziej, że wchodząc do tego stowarzyszenia, byłam przekonana, że jest to przestrzeń ludzi, dla których dobrostan zwierząt jest absolutnym fundamentem, a nie dodatkiem do „papierów”.
Od samego początku chcieliśmy prowadzić hodowlę w duchu pełnej uważności, odpowiedzialności i szacunku do życia.
Wszystkie problemy zdrowotne czy behawioralne były u nas rozwiązywane na bieżąco, we współpracy z lekarzami weterynarii i specjalistami, a ja sama nieustannie się szkoliłam – i nadal to robię.
Choć jesteśmy świadomymi właścicielami i nie nazywamy naszych psów „dziećmi”, to opiekę mają taką samą lub podobną do naszych ludzkich dzieci, a koszty leczenia nie raz przerosły koszty leczenia małego człowieka.
Do dziś nasza domowa hodowla nie doczekała się miotu.
Nie dlatego, że „się nie udało”, ale dlatego, że nie czułam pełnej gotowości i kompetencji do całego szeregu zadań, jakie spadają na hodowcę w momencie przyjęcia na świat kilku czy kilkunastu nowych istnień.
Istnień, za które odpowiada się nie tylko przez pierwsze tygodnie, ale często przez całe ich życie.
Dlatego nie potrafię zrozumieć, jak można dopuścić się czynów takich jak te, o których dziś czytamy – w hodowlach bernardynów, bokserów czy chartów.
Jak można zlekceważyć cierpienie, brak opieki, podstawowe potrzeby istot całkowicie zależnych od człowieka.
Hodowla to nie prestiż.
To nie liczba miotów.
To nie tytuły i skróty przed nazwą.
To nie biznes.
Nie da się na tym zarobić, prowadząc to zgodnie z „religią” i z poszanowaniem dla istoty żywej.
To ogromna odpowiedzialność, pokora i gotowość powiedzenia sobie czasem:
„jeszcze nie” – jeśli „tak” miałoby odbyć się kosztem zwierząt.
To nie produkt. To życie. Pies czuję, myśli, rozumie.
I tego będę się trzymać. 🖤
Tego będę się trzymać zapewniając naszym psom pięć gwiazdek do ostatniego ich dnia.