12/08/2026
OBRAZ NĘDZY I ROZPACZY. 💔
Tak właśnie nazwałabym jednego z dwóch ostatnich bywalców ulicy Brzoskwiniowej, których udało mi się złapać.
I powiem Wam szczerze- początkowo miał jechać razem z drugim kotem na kastrację ale kiedy zobaczyłam go z bliska, od razu wiedziałam, że coś jest bardzo, bardzo nie tak.
Kocur zachowywał się jak półprzytomny.
Nie reagował na to, co działo się wokół niego.
Pod dropa wszedł właściwie tylko dlatego, że zwabialiśmy go szynką. A nawet wtedy nie ruszał się, dopóki kawałek mięsa nie spadł na ziemię i go nie usłyszał.
Do tego mnóstwo ran na głowie, z pyska lała się ropa z krwią. Okropny zapach. Pchły. Wygląd, który mówił jedno- ten kot od dawna nie radzi sobie na ulicy.
Dlatego zamiast na kastrację pojechał prosto na przegląd do pani doktor.
I wtedy wydarzyło się coś, co chyba najbardziej mnie rozwaliło.
Bo spod tego całego obrazu nędzy i rozpaczy wyszła ogromna, puchata kuleczka, która chciała tylko jednego/ człowieka. 😭
U weterynarza nie protestował.
Dał sobie zrobić wszystko. Był grzeczny, spokojny, cudowny. Zamiast dzikiego, walczącego o przetrwanie kota okazał się wielkim misiem, który najchętniej rozdawałby buziaki.
A jego pyszczek… 💔
Zęby, które mu zostały, były w tragicznym stanie. Ropa, krew, potworny stan jamy ustnej, uszkodzone dziąsło
I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać:
Ile razy ten kot musiał cierpieć, zanim ktoś w końcu na niego spojrzał?
Ile osób mijało go po drodze?
I naprawdę nikt nie zauważył, że z tym kotem jest coś nie tak?
Najbardziej boli mnie jednak to, że bardzo często słyszę:
„To kot wolnożyjący, poradzi sobie.”
Nie.
Nie każdy sobie poradzi.
Większość tych kotów nie marzy o wolności rozumianej jako walka o każdy kęs, przeganianie przez silniejsze osobniki, rany, choroby i spanie w zimnie.
One często chcą dokładnie tego samego, czego chce ten wielki puchaty misiek.
Swojego człowieka. Bezpieczeństwa. Pełnej miski. Świętego spokoju.
I to naprawdę cholernie przykre, że jego jedyną winą było to, że urodził się bezdomny.
ten kot właśnie pokazał, jak bardzo „sobie radził”.
Na domiar złego badania wykazały, że Kiciuś jest FIV dodatni.
I taka oto kupka nieszczęścia, zamiast wrócić na ulicę, trafiła na kilka dni do mnie. ❤️
Później Stowarzyszenie Pomocy Bezdomnym Zwierzętom "Kocimiętka" zorganizowała jego transport do kolejnego domu tymczasowego, gdzie dostał szansę na leczenie i spokojne życie.
A drugi kocur- pojechał na kastrację .
To są już na ten moment ostatnie dwa koty z Brzoskwiniowej, które udało mi się zabezpieczyć.
I cieszę się niezmiernie, że dla tego wielkiego, puchatego Kiciusia zaczyna się właśnie zupełnie nowe życie.
Bo on naprawdę nie potrzebował „wolności”.
On potrzebował tylko kogoś, kto w końcu go zauważy. 💕
i wtedy zjawiłam się ja 🙈