16/05/2026
Post 11/05
UWAGA! To nie jest post o weterynarii :P
Wróciliśmy cali i zdrowi, mimo obaw otoczenia XD Mam takie wrażenie, że Serbia jest przez wielu traktowana jak kraj trzeciego świata, toczony wojną. Prawda jednak jest taka, że od 2008 roku, kiedy to Kosowo ogłosiło niepodległość, panuje tam spokój, a kraj prężenie się rozwija. Ale po kolei. Jak doszło do naszego wyjazdu do Serbii? Dlaczego i po co?
Jak pewnie wielu z Was wie, jestem orędownikiem zachowania balansu między życiem zawodowym a prywatnym. Uważam, żeby być dobrym wetem trzeba mieć możliwość odpoczynku i wyłączenia się od weterynarii choć na chwilę. Dlatego staram się brać urlop co najmniej 2-3 x w roku aby naładować baterie. Tradycyjnie przesuwam sobie majówkę z długiego weekendu na czas egzaminów ósmoklasistów - i tak muszę wtedy znaleźć zajęcie dla dzieciaków. Pomysł na tegoroczny wyjazd majowy był następujący: Góry Sowie, a potem czeskie skalne miasta z Ardspachem na czele. Niestety plany pokrzyżowało nam kolano Weroniki, które powiedziało że odmawia chodzenia po górach. Cóż było począć, musieliśmy zmienić plany - ja nie potrafię odpoczywać w domu i muszę wyjechać, żeby choć na chwilę się wyłączyć. Co jednak w zamian skalnych miast? Nie mieliśmy pomysłu. W tym momencie żaden kierunek nas specjalnie nie pociągał, nie znalazłem lotów w atrakcyjnych cenach, ani noclegów - zmiana planów nastąpiła kilka dni przed urlopem. Siedząc na porcelanowym tronie, przeglądałem mapę gugla szukając inspiracji. W wszyscy znający piosenkę "Kibel" zespołu The Bill, wiedzą że defekacja sprzyja układaniu planów. I tak moją uwagę przykuła Serbia. Tylko co ja o niej wiem? Wiem, że jest. Kiedyś była tam Jugosławia. Tyle. Wyszukałem w necie "co zobaczyć w Serbii" i nawet dostałem kilka ciekawych wyników. Sprawdziłem ceny noclegów - tanio jak barszcz. Poszedłem do Weroniki i pytam się "a może pojedziemy do Serbii?", na co powiedziała bez namysłu "Tak!". I pojechaliśmy.
Szczerze nie wiedzieliśmy do końca czego się spodziewać. Kraj jest poza Unią i nie jest jakimś szalenie popularnym kierunkiem turystycznym. Wyobrażaliśmy sobie, że otaczać nas będą szare budynki, będące świadectwem komunistycznej przeszłości. Wszędzie będą jeździć trabanty i nikt nie będzie mówił po angielsku, a na ulicach będzie s*f. Jednocześnie cieszyliśmy się z przygody.
Serbia przywitała nas czymś o czym trochę zapomnieliśmy podróżując po Strefie Schengen - kontrolą graniczną. Musieliśmy odstać swoje zarówno po stronie Węgierskiej, jak i Serbskiej. Potem przestał działać roaming, ale w końcu znaleźliśmy się w kraju docelowym. Odcinek granica - Novi Sad był nudny. Pola, pola i w międzyczasie pola. Od naszych różniło je to, że tu wciąż miedze i pobocza mieniły się od barwnych kwiatów. Przeważały maki ale miłośnik układania bukietów, miałby z czego wybierać. W końcu dotarliśmy do Novego Sadu, który przywitał nas... nowoczesnością. Nasze wyobrażenia o Serbii natychmiast legły w gruzach. Miasto niczym nie uchybiało tym na "zachodzie". Nowoczesne budynki, malownicze kamienice, galerie handlowe, sklepy sieci znanych wszędzie na Świecie. Poza tym dużo drzew i to dużych, starych - widać że lokalni cenią sobie cień. Zameldowaliśmy się w mieszkaniu i ruszyliśmy poznawać okolicę.
Nie będę Was zanudzał dłużej opisem podróży. Chciałbym bardziej skupić się na wrażeniach. Przede wszystkim ludzie. Serbowie są mili i otwarci, dodatkowo skorzy do pomocy. Świetnie mówią po angielsku - nie mieliśmy jakichkolwiek problemów komunikacyjnych. Miejsca które odwiedziliśmy były czyste, zadbane i gotowe na turystów. Nie ma jednak tłoku i turystycznych pielgrzymek jak na molo w Międzyzdrojach. Trochę Niemców, Anglików i Japończyków, ale dookoła rozbrzmiewa przede wszystkim język Serbski, który swoją drogą brzmi niekiedy z polska.
Serbia będzie mi się kojarzyła z kontrastami. Nie można zapominać, że jeszcze w 1999 na ich miasta spadały bomby. I tak obok pięknej kamienicy, której nie powstydziłaby się Praga czy Budapeszt, znajdziecie szarego szkaradka, który obrazuje socjalistyczny brutalizm. Obok nowoczesnego szklanego molocha, stoi rozpadający się blok z płyty. Jeszcze gdzie indziej w osiedle wcina się gąszcz drzew. Idziecie środkiem wymuskanego deptaka w Belgradzie, ale wystarczy wejść w bramę żeby znaleźć obdrapane podwórko z połyskliwym neonem sexshopu. W ogrodzie zoologicznym z jednej strony ładne wybiegi dla antylop, a drugiej depresyjny orangutan w betonowym boksie za kratami. Kontrasty, które przypominają, że kraj dalej jest w budowie. A buduje się dużo, wszędzie wyrastają place budowy. Serbowie widać chcą nadgonić, żeby w końcu uznano ich kraj za godny zachodu.
Jeżeli dobrze poszukacie znajdziecie pomniki bolesnej przeszłości. Chyba najsłynniejszy jest budynek byłego Ministerstwa Obrony w Belgradzie, zbombardowany przez NATO w 1999 roku. Są też pozostałości mostu w Novim Sadzie, którego los był ten sam. Jeśli uniesiecie wzrok znajdziecie plakaty przypominające, że Serbowie też byli ofiarami ludobójstwa.
Zwiedzanie Serbii oferuje wiele wrażeń. Nie brakuje tu zabytków, muzeów, parków i wszystkiego co daje wartość dodaną do podróży. Jest i natura. My wybraliśmy się do Parku Narodowego Fruska Gora, gdzie nacieszyliśmy się ciszą i połaziliśmy po kamieniołomie, który sprawiał postapokaliptyczne wrażenie. Nagie urwiska, turkusowe zalewisko i rdzewiejące maszyny. No i zero ludzi.
Niestety nie mogliśmy poświęcić na podróż zbyt wiele czasu. W samej Serbii byliśmy pełne cztery dni. Mamy niedosyt i pewnie jeszcze tam wrócimy. Wyjazd dał nam poza odpoczynkiem cenną lekcję. Nie należy ulegać stereotypom i mylnym wyobrażeniom, a po prostu pozwolić sobie na doświadczanie i wyrabianie własnego zdania. Jedno jest pewne, zaczynamy się w Bałkanach zakochiwać.
Byliście kiedyś w Serbii? Jak wrażenia? A może też odwiedziliście miejsce, które w rzeczywistości odbiegło od Waszych wyobrażeń? Podzielcie się swoimi historiami :)
Na zdjęciu hotel Moskwa w Belgradzie, który gościł m.in Alberta Einsteina, Nikolę Teslę i Alfred'a Hitchcock'a