21/01/2026
Mam nadzieję, że coraz więcej znanych osób zacznie mówić o tym, co naprawdę stoi za przepełnionymi schroniskami i dramatami zwierząt po tzw. „dobrych rękach”.
Bo problem nie zaczyna się w schronisku — on zaczyna się w domowych kuchniach, piwnicach i na podwórkach, gdzie rodzą się kolejne mioty „uroczych maluchów po naszej suczce/kotce”.
Te młode, rozdawane za darmo w ogłoszeniach lub „po znajomych”, to w ogromnej mierze przyszli podopieczni schronisk.
Część z nich trafi tam po kilku miesiącach, gdy „okazały się problematyczne”, część – nigdy nie zostanie zgłoszona, żyjąc lub ginąc na ulicy. Każdy taki niekastrowany rodzic i każda partia rozdanych z miotu „dla ludzi z sercem” to w praktyce kolejne dziesiątki zwierząt skazanych na tułaczkę.
Tymczasem wciąż za mało mówi się o odpowiedzialności właścicieli zwierząt – o kastracji jako podstawowej formie troski, o formalnym przekazywaniu zwierząt do adopcji przez fundacje, o konieczności rejestracji i chipowania. Bez tego system schronisk zawsze będzie gaszeniem pożarów, które sami nieświadomie rozpalamy.
Głośne nazwiska mogą pomóc zmienić narrację: od romantyzowania „uroczych miotów” ku świadomości, że każde narodziny poza odpowiedzialnymi, sprawdzonymi hodowlami - bezdomnego kota czy psa są porażką systemu (od edukacji po bezpośrednie zadania gmin, wynikających z ustawy), który nie nauczył ludzi odpowiedzialności.