11/08/2026
"Krótka" opowieść o tym, że u nas zwierzęta zawsze są na pierwszym miejscu. Bo hodowla to praca z żywymi zwierzętami, które jak i ludzie potrafią chorować.
Poznajcie historię Dodoco - naszej samiczki hodowlanej, która w tym roku po dwóch sezonach rozrodczych miała trafić do nowego domu na hodowlaną "emeryturę" ;).
Po wystawieniu ogłoszenia mała dość szybko znalazła chętną osobę do przygarnięcia jej pod swój dach. Ze względu jednak na czas potrzebny do przygotowania odpowiedniego lokum dla samiczki u nowego opiekuna - Dodocio została u nas "zawieszona" w trybie rezerwacji.
W tym czasie zauważyłam jednak u niej coś niepokojącego. Owulacja, która rozpoczęła się u niej ze względu na porę roku, mimo braku kontaktu z samcem, wywołała utratę apetytu co wcześniej nie miało u niej miejsca. Dodatkowo zamiast standardowo ustąpić po kilku dniach, owulacja trwała tydzień, następnie półtora tygodnia.. Wtedy wiedziałam już co to może oznaczać...
Odwołałam rezerwację, tłumacząc Pani zaistniałą sytuację i zabrałam gadzinkę na USG do kliniki weterynaryjnej.
Przypuszczenia się potwierdziły. U naszej dziewczynki doszło do przedowulacyjnego zatrzymania kul żółtkowych. Ich treść na USG była już niejednorodna, co świadczyło o rozpoczętym procesie "psucia" się treści kul żółtkowych. Jeszcze tego samego dnia Dodoco została poddana zabiegowi usunięcia jajników. Zabieg przeszedł pomyślnie i rozpoczął się proces rekonwalescencji, który naturalną siłą rzeczy u gadów trwa o wiele dłużej niż u ssaków.
Samiczka ku naszej uciesze już po kilku dniach podawania leków zjadła swój pierwszy od dłuższego czasu posiłek i zaczęła odzyskiwać masę ciała.
Dzisiaj już całkiem wygojona i pełna sił czuje się świetnie. 😊
Może jeszcze kiedyś poszuka nowego domu, ale na razie nam się nie spieszy. Człowiek się jednak przywiązuje do wyjątkowych zwierzaków 🥹.
Co by nie mówić jest to zabieg na całe życie - pod kątem układu rozrodczego żadna przykra dolegliwość jej już nie zagraża. Ma to takie plusy, że przyszły opiekun może spać pod tym kątem spokojnie.
Czasem zastanawiam się jak ta historia potoczyłaby się u innego hodowcy.
Czy rozpoznałby objawy i potraktował je poważnie?
Czy odwołałby sprzedaż?
Czy zdecydowałby się na kosztowny zabieg ratujący życie?
Mam nadzieję że tak... myślę że wielu hodowców postąpiłoby słusznie, ale jak wielu?
A czy gdyby odpowiedź na wcześniejsze pytania brzmiały "nie" i gadzinka trafiłaby do nowego opiekuna to podjąłby on te same kroki?
To pytanie pozostawię otwarte